Targ w tajlandzkim Aranyaprathet – kulinarne atrakcje, oryginalne ekologiczne opakowania gotowych dań. Zamiast plastikowych pudełek bambusowe tuby.
Rozpoczyna się już piąty dzień naszej azjatyckiej podróży. Po wczesnym śniadaniu pakujemy się do autokaru i wyruszamy w kierunku kambodżańskiej granicy. Do przejścia granicznego w Aranyaprathet jest około 240 kilometrów.
Aranyaprathet, miasto znane ze znajdującego się tu dużego rynku – Rong Kluea – przyciągającego zarówno lokalnych mieszkańców, jak i turystów. Więc i my zatrzymujemy się na targu. Spacerujemy po części warzywno-owocowej. Nie mamy dużo czasu na ten spacer. Niektórych sprzedawanych tu owoców jeszcze nigdy nie widziałam. Można tu też kupić suszone ryby, grillowane kurczaki oraz różne rodzaje jedzenia pieczonego lub gotowanego w bambusowych tubach.
Specjalną atrakcją kulinarną dla turystów są smażone na głębokim tłuszczu szarańcza i tarantule – duże czarne pająki. Kupiłam porcję szarańczy – chrupiąca, smakiem przypominała prażone orzeszki. Mimo moich zainteresowań nieznanymi produktami spożywczymi nie odważyłam się spróbować tarantuli.
Spotykamy buddyjskiego mnicha z niewielkim pojemnikiem w ręku. Zbiera datki żywnościowe na swoje utrzymanie.
* * *
Droga – Route 33 i handel przydrożny w kambodżańskim stylu.
Po odprawie paszportowej przekraczamy granicę. Wsiadamy do naszego autokaru, by wyruszyć do odległego o około 160 kilometrów Siem Reap, gdzie zamieszkamy na trzy noce w hotelu. Jedziemy dalej tą samą drogą Route 33, którą o poranku wyjechaliśmy z Bangkoku, tyle że w Tajlandii była to wygodna, dobrze utrzymana droga asfaltowa, a w Kambodży przeobraziła się w drogę piaskową (stan dróg poprawił się dopiero parę lat później).
Route 33 jest w Kambodży kluczowym szlakiem komunikacyjnym dla podróżnych i handlu. Tą drogą poruszają się turyści zmierzający do Angkor Wat – największego kompleksu świątynnego na świecie. Wyrosły przy niej rozliczne niewielkie biznesy: maleńkie sklepiki, rozmaite stragany, w których można zaopatrzyć się we wszystko, co potrzebne w podróży: żywność, napoje, jakiś sprzęt do naprawy pojazdów, akcesoria samochodowe i motocyklowe, a także benzynę sprzedawaną w plastikowych butelkach takich jak do wody mineralnej… Można tu kupić inne niezbędne przedmioty do domu i ogrodu. Był też całkiem okazały pawilon oferujący domki duchów. Przy tych straganach niekiedy plączą się dzieci, śpią psy leniwie rozłożone w słońcu.
Oprócz stacjonarnych obiektów handlowych jest też wiele stoisk „naziemnych”. Ich właściciele siedzą na stołeczkach, a czasem wprost na ziemi otoczeni oferowanym towarem.
Bardzo różnorodne i często wielce oryginalne są poruszające się tą drogą pojazdy. Samochody ciężarowe załadowane niemal do niemożliwości, motocykle obwieszone towarem oraz różne pojazdy z napędem pieszym jednoosobowym lub grupowym.
Malowniczy był ten przejazd głównym szlakiem komunikacyjnym od granicy z Tajlandią do Siem Reap.
* * *
W hotelu czekała już na nas kolacja. Przed kolacją nasz pilot zebrał od wszystkich paszporty potrzebne do przeprowadzenia meldunków i poinformował, że zwróci je jutro rano przy śniadaniu. Po kolacji rozpakowałyśmy bagaże i udałyśmy się na pierwszy spacer po mieście, starając się dokładnie zapamiętać drogę powrotną. Jutro rano wyruszamy do Angkor Wat – najważniejszego celu naszej podróży. Po śniadaniu, kiedy pilot zaczął rozdawać paszporty, okazało się, że brakuje jednego z uczestników wycieczki – pana Janka, który wczoraj, w trakcie autokarowej podróży, umilał sobie czas, sięgając coraz częściej do buteleczki z alkoholem. Jego współmieszkaniec z hotelowego pokoju powiedział, że pan Janek zaraz po kolacji wyruszył w miasto, nie zabierając nawet ze sobą torebki z portfelem, i dotychczas nie powrócił. Zrobiło się jakoś dziwnie i nerwowo. Pilot pospieszył powiadomić policję o zaginionym, podając jego rysopis. No cóż, w zaistniałej sytuacji w dalszą drogę do Angkor Wat pojechaliśmy bez niego.

































