kategorie

Kolorowe cienie

Kolorowe cienie

O Alfie Bobrowskim jeszcze słów parę

Kiedy już opublikowałam najnowszy wpis na moim blogu o Alfie Bobrowskim, mój brat przypomniał mi jeszcze jedną związaną z Alfem historyjkę.

Otóż zdarzyło się, że Alf otrzymał list, a w nim wezwanie do stawienia się w jakimś ważnym wojskowym urzędzie. Alf wpadł w przerażenie, że chcą go powołać do wojska. List czym prędzej zniszczył. Zniszczył też ponowne wezwanie. Na wszelki wypadek zaczął się ukrywać, przestał wychodzić z domu. Aż któregoś wczesnego poranka ktoś energicznie zastukał do jego drzwi. Alf, jeszcze zaspany, otworzył, nie sprawdziwszy potajemnie kto zacz. Za drzwiami stał młody żołnierz. Przybył tutaj z rozkazem doprowadzenia Alfa Bobrowskiego do Okręgowej Komendy Wojskowej. Nie było rady, zgnębiony Alf poszedł za nim, szczęśliwie OKW nie było daleko.

Czytaj dalej
Kolorowe cienie

Alf Medem Bobrowski i portret w złotej ramce…

Był naszym dosyć bliskim sąsiadem. Mieszkał w domu na rogu Oboźnej i Karasia naprzeciw Teatru Polskiego, w kamienicy, której udało się uniknąć wojennej zagłady. W dużym niegdyś mieszkaniu zajmował niewielki pokoik. W ciepłe letnie dni można go było spotkać na murku przed „Harendą”, bywał na piwku u Babci Gawlikowskiej czy „Pod Chrystusem”, pijał wódkę w „Staropolskim”, siadywał w kawiarence „U Artystów”. Malował portrety, czasem pejzaże i otrzymywał poważne zlecenia na wykonywanie tabliczek BHP-owskich.

Alf Medem Bobrowski, według jego opowieści, pochodził ze szlachty kurlandzkiej. Rodzice mieli majątek na kresach, gdzieś na Podolu czy Podlasiu. Przyszła wojna. Cały wschód Polski został zajęty przez sowiecką armię i wcielony w obszar Związku Radzieckiego. Kiedy zaczęły się wywózki Polaków w głąb Sowietskogo Sojuza, jego rodzina została pozbawiona majątku i wywieziona na Syberię, a może do Kazachstanu i gdzieś tam pewno zginęła lub pozostała. Jemu udało się opuścić ten gościnny kraj dopiero z wojskami Berlinga. Przemaszerował od Lenino do Berlina. Z tego czasu pobytu w Kraju Rad słyszałam tylko jedną opowieść – o tym, jak zbierał bukowe orzeszki w celach konsumpcyjnych…

Czytaj dalej
Kolorowe cienie

Opowieść o Henryku „Oborze”

Na koniu Henryk i ja, poniżej Tadzio Kowalski z Hanią, chmarka okolicznej dziatwy i dwa zaprzyjaźnione psy

Henryka poznaliśmy przez zaprzyjaźnionych studentów prawa. Do Warszawy przybył z Lubelszczyzny. Pochodził z rodziny ziemiańskiej. Dawniej miał zamiar zostać księdzem i nawet rozpoczął nauki w seminarium duchownym, ale później postanowił zostać literatem. Przyjechał więc do Warszawy i zamieszkał u brata. Brat był prawnikiem i wraz z żoną mieszkali na Mokotowie.

Co było prawdziwe w tym opowiadanym przez Henryka życiorysie, nie wiem. Mówił o sobie zazwyczaj spokojnym głosem, jakby od niechcenia. Opowiadał historie, które pokazywały go jako człowieka z dużym doświadczeniem, sporej wiedzy w różnych dziedzinach, żyjącego raczej dostatnio, skoncentrowanego na swojej twórczości. Henryk (nigdy jakoś w jego przypadku nie używało się zdrobnienia tego imienia) chętnie opowiadał o pisanej przez siebie książce. Miało to być dziełko na poły filozoficzne…

Czytaj dalej
Kolorowe cienie

Tadzio Kowalski zostaje dziennikarzem

Po paru latach studiów na Wydziale Prawa na Uniwersytecie Warszawskim Tadzio doszedł do wniosku, że prawnik to nie jest zawód, w którym chciałby pozostać na zawsze. Porzucił więc prawo i przeniósł się na dziennikarstwo. Dziennikarstwo było chyba naprawdę wymarzonym dla niego zawodem. Jego łatwość nawiązywania kontaktów, umiejętność rozmawiania z ludźmi, umiejętność obserwacji, wynajdowania ciekawych tematów dawały mu duże szanse na rozwinięcie skrzydeł w tym zawodzie.

Wraz z rozpoczęciem tych dziennikarskich studiów zaczął też Tadzio pisywać do gazet. Czasem zapraszał do współpracy fotograficznej Miecia. Tak powstał reportaż o zimowych zawodach jeździeckich czy wywiad z Elżbietą Czyżewską.

Czytaj dalej
Kolorowe cienie

Opowieść o Krzysiu Drygasie, przyjacielu

Idąc Krakowskim Przedmieściem w letnie popołudnie, spotkaliśmy Krzysia wychodzącego z bramy Uniwersytetu. – Cześć, cieszę się, że cię spotykam – zakrzyknął, zbliżając się do Miecia. Miecio, lekko zaskoczony, nie bardzo sobie kojarzył napotkanego. – Nie pamiętasz mnie? Poznaliśmy się w Ciechocinku.

Krzyś, czyli Krzysztof Drygas, od niedawna mieszkał w Warszawie. Przybył tu z rodzinnego Leszna. Studiował polonistykę w Toruniu chyba z Januszem Żernickim i kiedyś odwiedził go w Ciechocinku. Tu w Warszawie nie miał wielu znajomych, więc ze spotkania Miecia bardzo się ucieszył. Niemal od razu się z nami zaprzyjaźnił.

Czytaj dalej
Kolorowe cienie

Opowieść o Jędrusiu

Jędruś, czyli Andrzej Migdal, był jednym z najbliższych naszych przyjaciół. Często bywał u nas w domu, często spotykaliśmy się gdzieś na „szlaku”… był człowiekiem pełnym fantazji, specjalistą od opowiadania nieprawdziwych historii.

Jędruś odebrał staranne wykształcenie plastyczne. Ukończył warszawskie liceum plastyczne i wrocławską Akademię Sztuk Pięknych, Wydział Ceramiki.

Wiedzieliśmy tylko, że po studiach rozpoczął pracę w fabryce ceramiki we Włocławku. Kariera zawodowa zapowiadała się świetlanie, miał nawet jakąś wystawę indywidualną. Niestety zmarł mu tata, a mama stwierdziła, że sama być nie może. Jędruś powrócił do Warszawy.

Czytaj dalej
Kolorowe cienie

Moja przyjaciółka Krysia

Krysia Karwicka-Rychlewicz była osobą niezwykłą, pełną pomysłów, radości życia, ciekawych inicjatyw. Dziennikarka, społecznica, podróżniczka, życzliwa ludziom i niosąca pomoc każdemu, kto jej potrzebował.

Poznałyśmy się w redakcji „Naszego Klubu”, gdzie ściągnęła ją Magda Czaputowicz. Krysia pisała recenzje książkowe, wywiady z gwiazdami estrady, czasem reportaże z wydarzeń kulturalnych. Miała łatwość nawiązywania kontaktów, chętnie udzielała się towarzysko, bywała w kawiarence PIW-u na Foksal. Pamiętam, jak weszła w eleganckiej zielonej szmizjerce, z ręką w kieszeni. Zasiadła na zaproponowanym jej krzesełku, wydobyła z torebki papierosy i z gracją, wprawnym ruchem, jedną ręką zapalała wyjętą z pudełeczka zapałkę. Byłam pełna podziwu dla jej niemal ekwilibrystycznych umiejętności.

Czytaj dalej
kartki z pamiętnika, Kolorowe cienie

Opowieść o Józefie Gielo

Józef Gielo niewątpliwie poetą był. I tak jak innych poetów tamtego czasu można go było spotkać na „szlaku”. Przesiadywał w „Harendzie”, w „Partumiarni”, snuł się po sklepikach z piwem, chadzał na wódkę do „Kameralnej”, bywał w SPATiF-ie, a w chwilach wolnych od tych zajęć niekiedy pisywał wiersze…

Józio przybył do Warszawy z jakiejś lubelskiej wioski i tu uczęszczał do szkoły kamieniarskiej. Uczęszczał do tej szkoły razem z Jasiem Himilsbachem i razem zamieszkiwali u zakonnic w podwarszawskich Laskach. Po ukończeniu szkoły ich drogi się trochę rozeszły. Jaś zakończył edukację i rozpoczął pracę w którymś zakładzie nagrobkowym przy Powązkach i rozważał rozpoczęcie kariery literackiej jako prozaik. Józio ruszył na studia polonistyczne na Uniwersytecie Warszawskim, a literacko skłaniał się bardziej ku poezji. Przyjaźń jednak pozostała na długie lata, tym bardziej że łączyła ich wspólna maszyna do pisania.

Czytaj dalej
Kolorowe cienie

Opowieść o Andrzeju Partumie

Na Krakowskim Przedmieściu, naprzeciw winiarni „U Hopfera”, w bliskim sąsiedztwie kawiarni „Telimena”, mieścił się sklep ze słodyczami połączony z niewielką kawiarenką „Pod kominkiem”, nazywaną „Partumiarnią”. Tu, przy niewielkim stoliku, w pobliżu nigdy nieużywanego kominka, przesiadywał całymi dniami Partum. Ta kawiarenka właściwie zastępowała mu dom.

Andrzej Partum był sierotą, po śmierci matki, która zginęła w powstaniu, opiekowała się nim ciotka, ale zły los sprawił, że przedwcześnie zmarła. I tak został sam na świecie, zdany wyłącznie na siebie.

Spotykałam go niekiedy na Krakowskim Przedmieściu. Sunął nieśpiesznie lekko pochylony, blond włosy opadały mu na czoło. Mijając mnie, uśmiechał się lekko i zamiast powitania wypowiadał jedno słowo: „Rabcenko”, lekko zniekształcone moje nazwisko. Ja też się do niego uśmiechałam bez słów. Na ogół wszyscy mówili do mnie po imieniu, tylko on zwracał się do mnie po nazwisku, może nawet nie znał mojego imienia. Chodził z moją siostrą Irenką do jednej klasy w szkole podstawowej, dopóki nie wydarzyła się ta tragiczna śmierć ciotki. Potem znalazł się w jakimś domu dziecka.

Czytaj dalej
kartki z pamiętnika, Kolorowe cienie

„Moda Polska” i moja siostrzyczka Irenka

Praca Irenki w „Modzie Polskiej” stała się realizacją naszych wspólnych dziecięcych zabaw w lalki papierowe. Te papierowe ubranka rysowane dla naszych papierowych laleczek, wycinane misternie nożyczkami, mogły teraz przemienić się w prawdziwe kreacje, przystrajające piękne dziewczyny…

Studia mojej siostrzyczki Irenki powoli dobiegły końca. Wyprowadziła się z akademika w Łodzi, powróciła do Warszawy i zaczęła myśleć o rozpoczęciu pracy w wyuczonym zawodzie.

Czytaj dalej
zamknij