kategorie

kartki z pamiętnika

klatka i kanarek
kartki z pamiętnika

Krótka historia Karola

Był piękny jesienny dzień, wtorek, a może środa. Jak zwykle od rana miałam zajęcia w szkole.

Po drugiej lekcji zadzwoniłam do domu. Miecio – mąż mój – był jeszcze nie całkiem obudzony. Odebrał telefon i powiedział:

– A do nas przez lufcik przyleciał kanarek.

 – Co ty mówisz? – zapytałam.

– No, kanarek – odpowiedział i tu rozmowa się urwała, a ja już musiałam iść na lekcję.

Czytaj dalej
kartki z pamiętnika

Jak kupowałam maszynę do szycia – opowieść z lat 70.

Ta środa okazała się dniem wielkiej szczęśliwości. Stałam się posiadaczką elektrycznej maszyny do szycia firmy „Łucznik”!

„Łucznik” zajmował się produkcją pistoletów i kałachów, a maszyny do szycia były tylko produkcją uboczną, maskującą z lekka rzeczywistą działalność zakładu.

Był zwykły, szary dzień, w środku jesieni. Szłam rankiem niechętnie do szkoły. Jakoś czułam się nie najlepiej. Chyba początki zaziębienia, a przede mną siedem lekcji i akurat dziś nie mogę zarządzić żadnej klasówki. I nagle olśnienie. Przecież dzisiaj jest środa. A we środy do sklepu AGD (Artykuły Gospodarstwa Domowego) na Żurawiej mieli dostarczyć maszyny do szycia.

Czytaj dalej
Bez kategorii, kartki z pamiętnika

Mieszkaniowe Transakcje w PRL

W mieszkaniu za ścianą, większym o siedem metrów kwadratowych od naszego, mieszkał pan Dąbrowski, powstaniec warszawski. Pan Dąbrowski pracował z naszym Tatą w Centralnym Zarządzie Przemysłu Tłuszczowego i obaj w tym samym czasie otrzymali przydział mieszkań pracowniczych w tym domu. Kiedy w Centralnym Zarządzie zaczęły się redukcje, to właśnie pana Dąbrowskiego zredukowano, może jako byłego powstańca. W tej sytuacji zajął się on, ku zaskoczeniu otoczenia, produkcją cieczy orzeźwiającej nazywanej oranżadą* i w dość niedługim czasie gdzieś się wyprowadził.

 Mieszkanie za naszą ścianą zajęli państwo B., z dwójką nie bardzo dorosłych dzieci. Nie nawiązywali stosunków dobrosąsiedzkich z mieszkańcami piętra.

Czytaj dalej
mikrus pierwszy polski samochód osobowy po wojnie
kartki z pamiętnika

Mikrus – mój pierwszy wspaniały samochód

RSW „Prasa-Książka-Ruch” (Robotnicza Spółdzielnia Wydawnicza), między innymi wydawca miesięcznika „Nasz Klub”, zorganizowała niespodziewanie kurs samochodowy dla dziennikarzy. Miecio zapisał się na kurs. Chodził pracowicie na zajęcia teoretyczne i praktyczne i dostał prawo jazdy. No i teraz, jak już dostał to prawo jazdy, wypadało kupić samochód. Rozglądaliśmy się za doradcą, zaufanym ekspertem od starych samochodów.

Taką osobą okazał się nasz przyjaciel Andrzej Szymkiewicz. Właśnie niedawno wrócił z Anglii świeżo kupionym, starannie wybranym, niezbyt nowym samochodem. Wybraliśmy się więc z Andrzejem, w środku lata, na giełdę samochodową. Poszukiwany przez nas pojazd miał spełniać dwa warunki: być absolutnie doskonały i bardzo mało kosztować. Po przeglądzie oferowanych wehikułów wybór padł na dziesięcioletniego mikrusa.

Czytaj dalej
kartki z pamiętnika

Tratwą po Narwi

Zbyszek Falkowski był etatowym dziennikarzem w miesięczniku “Nasz Klub”. Jakoś nigdy w rozmowach o nim nie używało się jego imienia, zawsze po prostu mówiło się Falkowski. Pracę w redakcji rozpoczął chyba zaraz po jej powstaniu i pracował tu do ostatnich jej dni (“Nasz Klub” nie przetrwał stanu wojennego). Pisał reportaże z imprez kulturalnych odbywających się na bliskiej i dalekiej prowincji, artykuły o działalności placówek kulturalnych rozsianych po Polsce. Przeprowadzał wywiady z ludźmi odpowiedzialnymi za szerzenie kultury w kraju, w województwach, w powiatach. Spotykał się z regionalnymi pracownikami dużych i małych placówek kulturalnych.

Ta jego twórczość dziennikarska wymagała ciągłych podróży po kraju. Przemierzał Polskę wzdłuż i wszerz. Docierał do najdalszych jej zakątków. Wyspecjalizował się w rozliczaniu delegacji służbowych. Nikt jak on nie potrafił lepiej wyliczyć kosztów podróży, dobrać najkorzystniejszych połączeń autobusowych, pociągowych, obliczyć kilometry przebyte na piechotę. Nie wiem ,czy ktoś inny oprócz niego wstawiał do delegacji pozycję „piechota”. Były to nędzne grosiki za kilometr przebytej drogi, ale Zbyszek wyliczał skrupulatnie wszystkie swoje przemarsze.

Czytaj dalej
kartki z pamiętnika

Wspomnienie leniwych wakacji 73.

Miecio lubił zbierać grzyby i miał do tego ogromny talent. Łaziliśmy godzinami po lesie. On miał już pełny koszyk, a ja zaledwie niewielki zbiorek. Lubił też łowić ryby, a ja jakoś zupełnie nie garnęłam się do tego zajęcia, ale lubiłam pływać łodzią, siedzieć nad wodą, włóczyć się po lasach. I tak niemal każde wakacje spędzaliśmy nad jeziorami.

Miecio świetnie pływał, a ja panicznie bałam się wody. W dzieciństwie jakoś nie miałam szans na nauczenie się pływania. W gimnazjum w Łodzi w ramach lekcji WF-u były zajęcia na basenie. Wzięłam się ambitnie do tej nauki, ale pech chciał, że kiedy na pierwszym treningu wypłynęłam z deską na głęboką wodę, koleżanka Basia znalazła się koło mnie i nie wiedzieć czemu zaczęła tonąć. Uchwyciła się więc mnie kurczowo, a ja nie mogłam zbliżyć się do brzegu basenu. Na szczęście odratował nas pan instruktor, ale tego strachu przed wodą nie udało mi się nigdy pokonać.

Czytaj dalej
kartki z pamiętnika

Życie towarzyskie w czasach po marcu 68.

Pałac w Oborach, Tina i ja zimą

Wydarzenia marcowe 1968 w stolicy wstrząsnęły życiem kulturalnym kraju. Rozpętany durny antysemityzm (roztrząsania kto Żyd, a kto Nieżyd), masowe wyjazdy do Izraela. Smutne pożegnania na Dworcu Gdańskim w Warszawie. Rozstania na zawsze.

Zaczęły się zwolnienia z pracy, zmiany osób na różnych stanowiskach. Ta nowa sytuacja dotknęła nawet kadrę akademicką. Jedni, niepokorni lub posiadający niewłaściwe pochodzenie, tracili pracę w trybie natychmiastowym, drudzy, „zasłużeni”, dostawali stanowiska, stopnie naukowe. Powstała grupa tak zwanych „docentów marcowych”.

Cytując za Wikipedią:
Prof. Roszkowski: „Komuniści próbowali zmobilizować w Polsce w marcu 1968 r. najciemniejsze siły drzemiące w każdym społeczeństwie – szowinizm, rasizm i ksenofobię – by rozegrać swoje porachunki oraz przesłonić istotne przyczyny permanentnego kryzysu społecznego w PRL, oduczyć Polaków racjonalnego myślenia i uczynić wspólnikami w walce z urojonym wrogiem”.

Czytaj dalej
kartki z pamiętnika

Jak niespodziewanie zostałam dziennikarką

Rysunkowe inspiracje dla rozwiązań “zrób to sam”

Dzięki operatywności Magdy Czaputowicz i jej umiejętności załatwiania rzeczy niemożliwych udało się Mieciowi nie utracić pracy w redakcji miesięcznika „Nasz Klub”. Czteromiesięczna nieobecność Miecia w redakcji, spowodowana przesiadywaniem w więzieniu, jakoś dzięki staraniom Magdy przeszła niezauważenie.

Miecio otrzepał się dość szybko z tej więziennej przygody i zabrał się z zapałem do prac redakcyjnych, do rysowania. Porzucił jedynie pisanie edukacyjnych artykułów dla fotoamatorów. Uznał, że skoro udawało mi się pisać te artykuliki w jego zastępstwie przez cztery miesiące, to nie widzi powodu, dla którego miałabym nie pisać tego nadal. I tak zostałam już na stałe autorką rozpoczętego przez Miecia cyklu. A skoro już stałam się współpracowniczką redakcji „Naszego Klubu”, to niby dlaczego miałabym się ograniczać do pisania tylko o fotografii. Wymyśliłam sobie nowy cykl edukacyjny – „Z plastyką na ty”. Były to comiesięczne opowiastki o różnych technikach malarskich, o rysowaniu…

Czytaj dalej
kartki z pamiętnika

Wielkanoc w Wilnie

Tegoroczna Wielkanoc. Wielkanoc inna niż wszystkie znane mi Wielkanoce…  

Przypomniałam sobie ten wielkanocny i przed wielkanocny czas w naszym wileńskim domu.

Zbliżanie się tego wielkiego wiosennego święta poprzedzał Kiermasz Kaziukowy odbywający się tradycyjnie 4 marca, w dniu św. Kazimierza patrona Litwy. Pamiętam jak wędrowałam z Babcią za rękę na „Kaziuki” wspaniały jarmark na Łukiskim Rynku. Babcia kupowała przepiękne palmy, czasem jakiś wiklinowy koszyk, jakieś wiktuały. Mnie najbardziej interesowały obwarzanki – cieniutkie z makiem, sprzedawane na papierowych sznureczkach. Takie obwarzanki kupuję teraz zawsze przed powązkowskim cmentarzem w Zaduszkowy Dzień. W czasie wojny kaziukowe kiermasze były na pewno znacznie skromniejsze niż te w czasach pokoju, ale dla mnie były wspaniałe.

Czytaj dalej
kartki z pamiętnika

Nasza Mama

Nasza Mama Elżbieta Rabczenko (nazywano ją Lila) urodziła się późną jesienią w 1905 roku w Pietrogradie, czyli obecnie Petersburgu. Była najmłodszym dzieckiem w rodzinie Ignacego i Chionii Paszkiewiczów. Dziadek był krawcem i przybył z Litwy, a Babuszka (czyli po naszemu Babcia) była Rosjanką. Nosiła piękne rosyjskie nazwisko – Morozowa.

Kiedy w Rosji rozwinęła się rewolucja, Dziadek wraz z rodziną jakimś sposobem przetransportował się drogą morską przez Zatokę FIńską do Helsinek. Babuszka mówiła, że przepłynęli łodkoj, co mogło znaczyć łódką, łodzią lub małym kutrem. Mamie z czasów Petersburga pozostało tylko jedno wspomnienie. Widziała, jak w porcie rozstrzeliwano marynarzy.

W Helsinkach Mama rozpoczęła naukę w szkole podstawowej. Uczyła się szwedzkiego i nawet zapamiętała na zawsze parę szwedzkich słów. Pamiętała też niedzielne wycieczki z bratem i rodzicami łodzią po morzu, chociaż, jak podkreślała, nikt nie umiał pływać.

Czytaj dalej
zamknij