kategorie

kartki z pamiętnika

kartki z pamiętnika

„Nasz Klub” – czasopismo zapomniane

15 maja 1967 Miecio rozpoczyna pracę dziennikarską.

Korespondencyjny Klub Młodych Pisarzy przygotowywał się do Międzynarodowych Targów Książki i Prasy. Na placu przed Pałacem Kultury, wśród wielu innych stoisk, ma się znaleźć stoisko KKMP, na którym będą prezentowane książeczki zrzeszonych w klubie poetów i początkujących prozaików, a klubowi pisarze będą rozdawać autografy. Budową stoiska i oprawą plastyczną ma się zająć Miecio, no i w tej sytuacji również ja.

Warszawski zarząd KKMP, zawiadywany przez Tadeusza Chudego, przed tym udziałem w targach został wzmocniony przybyciem Magdy Czaputowicz. Magda, sekretarz miesięcznika kulturalnego dla wsi „Nasz Klub”, ma tu reprezentować redakcję. Miesięcznik wydawany jest pod patronatem Związku Młodzieży Wiejskiej, a KKMP działał również pod tym patronatem.

Czytaj dalej
kartki z pamiętnika

Fedra, moja opiekunka

Miała na imię Fedra.

To od plakatu Jana Lenicy do spektaklu w Teatrze Narodowym. Bardzo mi się ten plakat podobał, więc go kupiłam i powiesiłam na drzwiach szafy.

Fedra, prześliczna ruda jamniczka długowłosa, była osobą niezwykłej inteligencji. Kiedy ją kupiliśmy, miała dwa miesiące, z metryczki wynikało, że jest córką Puzona – słynnego jamnika Jerzego Waldorffa, ale do tatusia raczej nie była podobna… Pani hodowczyni szczegółowo nam tłumaczyła, jak się opiekować tym dwumiesięcznym szczenięciem, jak je żywić, żeby zdrowo rosło. Przecież wtedy nie było żadnych sklepów ze specjalnym pożywieniem dla psów i kotów. Nie było żadnych chrupków, puszeczek, sztucznych kości… Przygotowywałam więc zgodnie z zaleceniami pani hodowczyni twarożki z drogimi o tej porze roku truskawkami i jakieś inne specjały. W sklepie z wikliną kupiłam koszyk, w którym miała sypiać nasza podopieczna, ale ona zdecydowanie wolała rozkładać się na tapczanie. Niezwykle szybko opracowała cztery różne sposoby dyskretnego wślizgiwania się do łóżka.

Czytaj dalej
kartki z pamiętnika

Tadeusz – opowieść pierwsza

Tadzio Kowalski był człowiekiem pełnym fantazji, niezwykłych pomysłów, które na dodatek potrafił realizować. Miał też wielką łatwość nawiązywania kontaktów.

Teraz by się powiedziało: „był wielce kreatywny”, ale wtedy słowo „kreatywny” nie należało do słów powszechnie używanych. Bo też i kreatywność nie była wcale potrzebna obywatelom PRL-u, kraju socjalizmu, tego najszczęśliwszego ustroju. Obywatel nie musiał samodzielnie rozumować, miał sumiennie wykonywać powierzone mu obowiązki, wyrabiać ustalone normy, mógł te normy przekraczać: 110%, 120% … 200%. Mógł zostać przodownikiem pracy i otrzymywać za to nagrody, być wzorcem dla innych, oglądać swoje zdjęcia w gazetkach ściennych. Ewentualnie miał możliwość złożenia wniosku racjonalizatorskiego, pozwalającego na wprowadzenie usprawnień w wykonywanym zawodzie. Ale żeby mędrkować, być „kreatywnym”, może wywyższać nad szefem… A przecież od myślenia była partia, jedyna, najmądrzejsza, oraz towarzysze stojący na jej czele, którzy wiedzieli, jak należy żyć, jak zapewnić dobrobyt obywatelom.

Czytaj dalej
kartki z pamiętnika, Kolorowe cienie

Opowieść o Józefie Gielo

Józef Gielo niewątpliwie poetą był. I tak jak innych poetów tamtego czasu można go było spotkać na „szlaku”. Przesiadywał w „Harendzie”, w „Partumiarni”, snuł się po sklepikach z piwem, chadzał na wódkę do „Kameralnej”, bywał w SPATiF-ie, a w chwilach wolnych od tych zajęć niekiedy pisywał wiersze…

Józio przybył do Warszawy z jakiejś lubelskiej wioski i tu uczęszczał do szkoły kamieniarskiej. Uczęszczał do tej szkoły razem z Jasiem Himilsbachem i razem zamieszkiwali u zakonnic w podwarszawskich Laskach. Po ukończeniu szkoły ich drogi się trochę rozeszły. Jaś zakończył edukację i rozpoczął pracę w którymś zakładzie nagrobkowym przy Powązkach i rozważał rozpoczęcie kariery literackiej jako prozaik. Józio ruszył na studia polonistyczne na Uniwersytecie Warszawskim, a literacko skłaniał się bardziej ku poezji. Przyjaźń jednak pozostała na długie lata, tym bardziej że łączyła ich wspólna maszyna do pisania.

Czytaj dalej
kartki z pamiętnika

Fotografowanie przed laty i inne wspomnienia z tym związane

W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku posiadanie aparatu fotograficznego należało do rzadkości. Rzecz w dzisiejszych czasach właściwie niewyobrażalna. Fotografią zajmowali się fotografowie. Do fotografa chodzono, żeby zrobić zdjęcie do legitymacji, zdjęcie ślubne, zdjęcie portretowe, pamiątkowe zdjęcie pozowane, zdjęcie z okazji pierwszej komunii czy zdjęcie niedawno urodzonej małej dzieciny. Nieliczni posiadacze aparatów fotograficznych koncentrowali się głównie na robieniu zdjęć pamiątkowych, a bardzo nieliczni hobbyści starali się je wywoływać samodzielnie.

Byli też wielcy i nieco mniejsi FOTOGRAFICY artyści, tworzyli DZIEŁA i FOTOGRAMY, ale miało się to nijak do istniejącej obecnie rzeszy dziesiątek, setek tysięcy, a pewnie milionów instagramerek i instagramerów, z których każde czuje się artystą.

Czytaj dalej
kartki z pamiętnika

Drewniane figurki, linoryty i niecodzienne zlecenia

ŚWIECZNIK z KROWĄ (drzewo lipowe)

30 maja roku 1965, a więc przed niemal przed 55 laty, Miecio czyli mąż mój Mieczysław Ignacy Bukowczyk rozstał się z pracą w fabryce „22 lipca dawniej E. Wedel”, zakończył karierę projektanta papierków do cukierków.

Zajął się teraz Miecio poszukiwaniami nowych form działalności artystycznej. Zaczęły powstawać niewielkie drewniane rzeźby sprzedawane w salonach Desy – precyzyjnie doszlifowywane drewniane figurki, niestety tylko zaledwie parę tych małych dziełek zostało uwiecznionych na fotografii. Powstała seria linorytów, z braku prawdziwego linoleum wycinanych na niedużych płytkach PCV. Powstały też niewielkie obrazki – rodzaj asamblaży. Te ostatnie nie przetrwały próby czasu.

Czytaj dalej
kartki z pamiętnika, notatki z podróży

Boże Narodzenie w Kraju Rad c.d.

Boże Narodzenie w tym wspaniałym radzieckim kurorcie mijało niezauważalnie. Żadnych choinek, świątecznych ozdób na ulicach czy w sklepach, żadnych świątecznych dań w menu naszego hotelu. To święto, jak i inne religijne święta, po prostu znikło z kalendarza i doszczętnie skasowano wszelkie związane z nim obyczaje.

Dni były pochmurne, palmy przysypane drobnym śnieżkiem też nie wyglądały radośnie. Na dodatek Basia miała kłopoty ze sprzedażą przywiezionego towaru – tych rozmaitych tureckich ubiorów dżinsowych, bo przecież wszelkie formy prywatnego biznesu były tu absolutnie zabronione i ścigane przez milicję.

Na szczęście w połowie turnusu przysiadła się do naszego stolika Zosia. Spytała, czy może z nami siedzieć przy posiłkach, bo właśnie pokłóciła się z koleżanką. Zosia, jak się okazało, była osobą świetnie zorientowaną w podziemnym nurcie życia kurortu. Przyjeżdżała tu już wielokrotnie, miała odpowiednie znajomości, była też doskonale przygotowana do egzystencji w tutejszej społeczności. Mówiła nieźle po rosyjsku. Kiedy wychodziła na miasto przyodziana w marniawe szare paletko, w jakiejś chuścinie na głowie, nie wyglądała jak turystka, idealnie wtapiała się w szarość ulicy.

Czytaj dalej
kartki z pamiętnika, notatki z podróży

Boże Narodzenie w Kraju Rad

Zbliżał się koniec lat 80. i zbliżało się Boże Narodzenie.
Właściwie nie za bardzo lubiłam święta. Tyle tych przygotowań, wymyślania prezentów. Zwłaszcza było to wszystko skomplikowane i trudne w czasach, kiedy w sklepach nie było nic do kupienia.

Zadzwoniła do mnie moja koleżanka Basia z propozycją, żebyśmy pojechały na wycieczkę do Soczi w turnusie świątecznym. Zdecydowałam się niemal bez namysłu. Basia jechała w celach handlowych, a ja niemal wyłącznie turystycznych. Basia niedawno wróciła z Turcji z zakupioną sporą ilością dżinsowych ubranek i teraz trzeba było wywieźć to do Kraju Rad, korzystnie sprzedać, zakupić tam wymienialną walutę, przewieźć ją jakimś sposobem do Polski i tu za czas jakiś wykupić kolejną wycieczkę do Turcji. Basia już miała za sobą jedną taką udaną wyprawę, jeździła z dobrze zorientowaną koleżanką. Tym razem, z powodu świąt, zabierała ze sobą Jasia, swego siedmioletniego synka, a ja ewentualnie mogłabym jej pomóc w opiece nad dzieckiem.

Czytaj dalej
kartki z pamiętnika

13 grudnia w tym roku wypadł w piątek

Liczba 13, jak wiadomo, jest liczbą pechową, strach przed tą kombinacją to paraskewidekatriafobia. Piątek trzynastego jest ogromnie pechowym dniem i bezpieczniej w dniu takim nie wychodzić z domu, ale piątek 13 grudnia? Nigdzie nie powiedziano, że lepiej w tym dniu nie włączać telewizora…

Piątek 13 grudnia – dla Anglii nadzieja na zakończenie brexitu. W Polsce nadzieja na niezachwiane utrzymanie gospodarki na rosyjskim węglu. Bo po co nam czyste powietrze? W Polsce również początek rozprawy z niepokornymi sędziami (dobrze, że nie w sposób, jak trzynastego w piątek Filip Piękny rozprawił się z templariuszami). No, najważniejsze, że jedynie słuszna partia wprowadzi porządnych sędziów na stanowiska w sposób prawy i sprawiedliwy…

Właśnie przeczytałam niewielką opowieść Olgi Tokarczuk Profesor Andrews w Warszawie − opowieść z czasu stanu wojennego. I przypomniał mi się ten czas, ten dzień 13 grudnia sprzed trzydziestu ośmiu już lat, dzień, w którym miała umrzeć „Solidarność”…

Czytaj dalej
kartki z pamiętnika

Kiedy nie było pubów i piwnych ogródków…

U góry od lewej Wojtek Piotrowski i Józek Gielo

Kiedy nie było pubów i piwnych ogródków, miłośnicy piwa gromadzili się przy ulicznych budkach, w maleńkich sklepikach sprzedających zimne napoje, a na ogół jedynym kupowanym tam zimnym napojem było właśnie piwo.

Na warszawskim „szlaku” (odcinek ulicy Nowy Świat i Krakowskie Przedmieście) była jedna taka budka, na niewielkim placyku przy Krakowskim Przedmieściu, niemal u stóp Kopernika zasiadającego tu na cokole. W słoneczne letnie dni na murku koło budki przesiadywali z kufelkiem w dłoni bywalcy „szlaku”, tocząc filozoficzne dyskusje, a mistrz Kopernik przyglądał im się uważnie.

Czytaj dalej
zamknij