Witam na moim blogu!

Krystyna Bukowczyk – dla przyjaciół Kuba. Ten mój blog jest przedsięwzięciem trochę historycznym. To rodzaj pamiętnika. Znajdziesz w nim opowieści o czasach które minęły, wspominam ludzi których już nie ma, o wielkich wydarzeniach, które  przemknęły obok mnie, o chwilach dobrych w czasach złych, o Warszawie z bliskich i dawnych już lat,  ilustrowane archiwalnymi zdjęciami… a też foto-notatki z moich różnych podróży...

 

GALERIA Bukowczyka

obejrzyj GALERIĘ
Kolorowe cienie

Tadzio Kowalski zostaje dziennikarzem

Po paru latach studiów na Wydziale Prawa na Uniwersytecie Warszawskim Tadzio doszedł do wniosku, że prawnik to nie jest zawód, w którym chciałby pozostać na zawsze. Porzucił więc prawo i przeniósł się na dziennikarstwo. Dziennikarstwo było chyba naprawdę wymarzonym dla niego zawodem. Jego łatwość nawiązywania kontaktów, umiejętność rozmawiania z ludźmi, umiejętność obserwacji, wynajdowania ciekawych tematów dawały mu duże szanse na rozwinięcie skrzydeł w tym zawodzie.

Wraz z rozpoczęciem tych dziennikarskich studiów zaczął też Tadzio pisywać do gazet. Czasem zapraszał do współpracy fotograficznej Miecia. Tak powstał reportaż o zimowych zawodach jeździeckich czy wywiad z Elżbietą Czyżewską.

Czytaj dalej
okruszki pamięci

Mieszkanie na „szlaku”

Mieszkanie na Kopernika było właściwie mieszkaniem na „szlaku”. Wystarczyło wyjść z domu i już można było spotkać znajomych choćby z widzenia. Wszędzie stąd było blisko. Parę kroków do „Harendy” czy do kawiarni „Artystów” naprzeciw Teatru Polskiego. Niedaleko do kawiarenki PIW-u na Foksal, do Stowarzyszenia Dziennikarzy, lekkim spacerkiem do „Telimeny” czy na Stare Miasto…

Specjalnym miejscem spotkań była też winiarnia „U Hopffera” – maleńki lokalik w domku, przybudówce do kościoła św. Józefa. Dwa stoły ustawione w literę L, a przy nich z dwóch stron drewniane ławy. Pod ścianą naprzeciw bufet i półki z butelkami wina, a za bufetem pani Stasia.

Czytaj dalej
Kolorowe cienie

Opowieść o Krzysiu Drygasie, przyjacielu

Idąc Krakowskim Przedmieściem w letnie popołudnie, spotkaliśmy Krzysia wychodzącego z bramy Uniwersytetu. – Cześć, cieszę się, że cię spotykam – zakrzyknął, zbliżając się do Miecia. Miecio, lekko zaskoczony, nie bardzo sobie kojarzył napotkanego. – Nie pamiętasz mnie? Poznaliśmy się w Ciechocinku.

Krzyś, czyli Krzysztof Drygas, od niedawna mieszkał w Warszawie. Przybył tu z rodzinnego Leszna. Studiował polonistykę w Toruniu chyba z Januszem Żernickim i kiedyś odwiedził go w Ciechocinku. Tu w Warszawie nie miał wielu znajomych, więc ze spotkania Miecia bardzo się ucieszył. Niemal od razu się z nami zaprzyjaźnił.

Czytaj dalej
okruszki pamięci

Dom w Konstancinie

Tadzio Kowalski mieszkał w Konstancinie w domu rodzinnym wybudowanym jeszcze przez jego dziadka. Dom był duży, piękny, stał w dużym ogrodzie. Tyle że w czasach, kiedy poznaliśmy Tadeusza, nikt nie zajmował się zbytnio ani domem, ani ogrodem. Parter zajął kwaterunek, zamieszkiwali tu jacyś ludzie skierowani do mieszkania z urzędu. Rodzina Kowalskich ulokowała się na piętrze. Mama, pani Janina Kowalska, Tadeusz oraz dwoje jego młodszego rodzeństwa, Tomek i Elżunia, z jej maleńkim synkiem. Pani Kowalska, kobieta ze świetnym, przedwojennym wykształceniem, na szczęście dla rodziny doskonale znała francuski i to ta znajomość francuskiego pozwoliła jej znaleźć pracę w Pagarcie.

Czytaj dalej
Kolorowe cienie

Opowieść o Jędrusiu

Jędruś, czyli Andrzej Migdal, był jednym z najbliższych naszych przyjaciół. Często bywał u nas w domu, często spotykaliśmy się gdzieś na „szlaku”… był człowiekiem pełnym fantazji, specjalistą od opowiadania nieprawdziwych historii.

Jędruś odebrał staranne wykształcenie plastyczne. Ukończył warszawskie liceum plastyczne i wrocławską Akademię Sztuk Pięknych, Wydział Ceramiki.

Wiedzieliśmy tylko, że po studiach rozpoczął pracę w fabryce ceramiki we Włocławku. Kariera zawodowa zapowiadała się świetlanie, miał nawet jakąś wystawę indywidualną. Niestety zmarł mu tata, a mama stwierdziła, że sama być nie może. Jędruś powrócił do Warszawy.

Czytaj dalej
kartki z pamiętnika

Jak niespodziewanie zostałam dziennikarką

Rysunkowe inspiracje dla rozwiązań “zrób to sam”

Dzięki operatywności Magdy Czaputowicz i jej umiejętności załatwiania rzeczy niemożliwych udało się Mieciowi nie utracić pracy w redakcji miesięcznika „Nasz Klub”. Czteromiesięczna nieobecność Miecia w redakcji, spowodowana przesiadywaniem w więzieniu, jakoś dzięki staraniom Magdy przeszła niezauważenie.

Miecio otrzepał się dość szybko z tej więziennej przygody i zabrał się z zapałem do prac redakcyjnych, do rysowania. Porzucił jedynie pisanie edukacyjnych artykułów dla fotoamatorów. Uznał, że skoro udawało mi się pisać te artykuliki w jego zastępstwie przez cztery miesiące, to nie widzi powodu, dla którego miałabym nie pisać tego nadal. I tak zostałam już na stałe autorką rozpoczętego przez Miecia cyklu. A skoro już stałam się współpracowniczką redakcji „Naszego Klubu”, to niby dlaczego miałabym się ograniczać do pisania tylko o fotografii. Wymyśliłam sobie nowy cykl edukacyjny – „Z plastyką na ty”. Były to comiesięczne opowiastki o różnych technikach malarskich, o rysowaniu…

Czytaj dalej
kartki z pamiętnika

Wielkanoc w Wilnie

Tegoroczna Wielkanoc. Wielkanoc inna niż wszystkie znane mi Wielkanoce…  

Przypomniałam sobie ten wielkanocny i przed wielkanocny czas w naszym wileńskim domu.

Zbliżanie się tego wielkiego wiosennego święta poprzedzał Kiermasz Kaziukowy odbywający się tradycyjnie 4 marca, w dniu św. Kazimierza patrona Litwy. Pamiętam jak wędrowałam z Babcią za rękę na „Kaziuki” wspaniały jarmark na Łukiskim Rynku. Babcia kupowała przepiękne palmy, czasem jakiś wiklinowy koszyk, jakieś wiktuały. Mnie najbardziej interesowały obwarzanki – cieniutkie z makiem, sprzedawane na papierowych sznureczkach. Takie obwarzanki kupuję teraz zawsze przed powązkowskim cmentarzem w Zaduszkowy Dzień. W czasie wojny kaziukowe kiermasze były na pewno znacznie skromniejsze niż te w czasach pokoju, ale dla mnie były wspaniałe.

Czytaj dalej
Bez kategorii

Nasza Mama

Nasza Mama Elżbieta Rabczenko (nazywano ją Lila) urodziła się późną jesienią w 1905 roku w Pietrogradie, czyli obecnie Petersburgu. Była najmłodszym dzieckiem w rodzinie Ignacego i Chionii Paszkiewiczów. Dziadek był krawcem i przybył z Litwy, a Babuszka (czyli po naszemu Babcia) była Rosjanką. Nosiła piękne rosyjskie nazwisko – Morozowa.

Kiedy w Rosji rozwinęła się rewolucja, Dziadek wraz z rodziną jakimś sposobem przetransportował się drogą morską przez Zatokę FIńską do Helsinek. Babuszka mówiła, że przepłynęli łodkoj, co mogło znaczyć łódką, łodzią lub małym kutrem. Mamie z czasów Petersburga pozostało tylko jedno wspomnienie. Widziała, jak w porcie rozstrzeliwano marynarzy.

W Helsinkach Mama rozpoczęła naukę w szkole podstawowej. Uczyła się szwedzkiego i nawet zapamiętała na zawsze parę szwedzkich słów. Pamiętała też niedzielne wycieczki z bratem i rodzicami łodzią po morzu, chociaż, jak podkreślała, nikt nie umiał pływać.

Czytaj dalej
kartki z pamiętnika

Nasza Babcia

Przy wielkanocnej babce. Od lewej Babcia jej dwie siostrzenice ich mężowie i dziećmi,
z tyłu nasz Tata
to fotografia z lat 20-tych ubiegłego wieku

Babcia Wercia – Weronika z Horbaczewskich Rabczenko – była na pewno jedną z najlepszych na świecie babć. Spokojna, zrównoważona, pogodna, uśmiechnięta…

Mama zawsze pracowała w biurze, wracała zmęczona do domu i rzucała się w wir porządków. Zawsze zdenerwowana, niecierpliwa, nie miała dla nas zbyt wiele czasu, zajmowała się moją edukacją – uczyła pisać, uczyła rozmaitych ręcznych robótek, niekiedy czytała nam głośno książki. Ponieważ była nerwowa, starała się szybko likwidować wszelkie konflikty, na czym zwykle najgorzej wychodziłam ja. Babcia problemy rozwiązywała jakoś niezauważalnie, nawet nie podnosząc głosu.

Wojenna zawierucha i to powojenne wypędzenie z rodzinnych stron, z rodzinnego miasta, w strachu i popłochu, rozproszyło całą naszą rodzinę, przyjaciół i znajomych naszej babci i naszych rodziców rozsiało po całym kraju, część z nich zginęła lub zaginęła. Urwały się więzy, zatarły się wspomnienia, a może nie wracano do nich, by nie rozdzierać trudno gojących się ran.

Czytaj dalej
kartki z pamiętnika

Więzienne opowieści

Powrócił Miecio z katowickiego więzienia po czteromiesięcznym odosobnieniu, no i zaczęły się więzienne opowieści. O obyczajach za kratą, o niełatwej adaptacji do nowych warunków, o ludziach wśród których przyszło mu żyć…

Pewnym szczęściem dla Miecia było to, iż kolega Jacek, z którym został zatrzymany, okazał się człowiekiem dobrze zorientowanym w więziennych obyczajach. Jacek, absolwent socjologii na warszawskim uniwersytecie, jeszcze w czasie studiów miał jakieś zatargi z prawem i zdobył doświadczenie w Warszawie na Rakowieckiej.

Czytaj dalej
zamknij