Witam na moim blogu!

Krystyna Bukowczyk – dla przyjaciół Kuba. Ten mój blog jest przedsięwzięciem trochę historycznym. To rodzaj pamiętnika. Znajdziesz w nim opowieści o czasach które minęły, wspominam ludzi których już nie ma, o wielkich wydarzeniach, które  przemknęły obok mnie, o chwilach dobrych w czasach złych, o Warszawie z bliskich i dawnych już lat,  ilustrowane archiwalnymi zdjęciami… a też foto-notatki z moich różnych podróży...

 

GALERIA Bukowczyka

obejrzyj GALERIĘ
Bez kategorii

Kanarek i rybki

Te moje „Opowieści z przeszłości” przywodzą niekiedy Czytelniczkom i Czytelnikom mojego bloga ich własne wspomnienia z dawnych lat, przypominają znajomych niegdyś ludzi. Czasem piszą o nich w komentarzach, częściej w przysyłanych do mnie mailach.

Po ostatnim wpisie – opowieści o kanarku Karolu – otrzymałam maila od Joanny Tramerowej. W mailu tym opowiedziała tragiczną historię sprzed wielu lat. Mama Joanny miała kanarka imieniem Świerk. Kanarkiem owym wielce się interesował trzyletni braciszek Joanny. Pewnego dnia w trosce o ptaszka postanowił go napoić. „I widzę go szlochającego, trzymającego w ściśniętej piąstce martwego kanarka: chciał mu dać pić, więc zanurzył mu łepek w wanience pełnej wody i przytrzymał. Nigdy nie zapomnę rozpaczy tego trzylatka. Nie był to płacz, bo coś chcę albo czegoś nie chcę. Była to prawdziwa, egzystencjalna rozpacz, cichy, niekończący się płacz. Tak, jakby zrozumiał, co to jest śmierć”.

Czytaj dalej
klatka i kanarek
kartki z pamiętnika

Krótka historia Karola

Był piękny jesienny dzień, wtorek, a może środa. Jak zwykle od rana miałam zajęcia w szkole.

Po drugiej lekcji zadzwoniłam do domu. Miecio – mąż mój – był jeszcze nie całkiem obudzony. Odebrał telefon i powiedział:

– A do nas przez lufcik przyleciał kanarek.

 – Co ty mówisz? – zapytałam.

– No, kanarek – odpowiedział i tu rozmowa się urwała, a ja już musiałam iść na lekcję.

Czytaj dalej
Bez kategorii

Dobra strona przeprowadzki

Moja przeprowadzka z Warszawy do Pruszkowa trwająca rok i siedem dni to pasmo zupełnie nieprzewidywanych wydarzeń. Na szczęście w każdej sytuacji staram się wynajdywać dobre strony i zazwyczaj mi się to udaje.

Przeglądając różne pudła i pudełeczka, a w nich nagromadzone przez lata najrozmaitsze skarby i zupełnie niepotrzebne szpargały znalazłam niewielką plastikową torebeczkę. W torebeczce coś błysnęło. Kiedy chciałam ją otworzyć, rozpadła się i wypadł z niej złoty medal. Złoty nie żeby ze złota, ale z nazwy i ze złotego koloru. A na nim „MOCKBA 73”.

Czytaj dalej
kartki z pamiętnika

Jak kupowałam maszynę do szycia – opowieść z lat 70.

Ta środa okazała się dniem wielkiej szczęśliwości. Stałam się posiadaczką elektrycznej maszyny do szycia firmy „Łucznik”!

„Łucznik” zajmował się produkcją pistoletów i kałachów, a maszyny do szycia były tylko produkcją uboczną, maskującą z lekka rzeczywistą działalność zakładu.

Był zwykły, szary dzień, w środku jesieni. Szłam rankiem niechętnie do szkoły. Jakoś czułam się nie najlepiej. Chyba początki zaziębienia, a przede mną siedem lekcji i akurat dziś nie mogę zarządzić żadnej klasówki. I nagle olśnienie. Przecież dzisiaj jest środa. A we środy do sklepu AGD (Artykuły Gospodarstwa Domowego) na Żurawiej mieli dostarczyć maszyny do szycia.

Czytaj dalej
Bez kategorii, kartki z pamiętnika

Mieszkaniowe Transakcje w PRL

W mieszkaniu za ścianą, większym o siedem metrów kwadratowych od naszego, mieszkał pan Dąbrowski, powstaniec warszawski. Pan Dąbrowski pracował z naszym Tatą w Centralnym Zarządzie Przemysłu Tłuszczowego i obaj w tym samym czasie otrzymali przydział mieszkań pracowniczych w tym domu. Kiedy w Centralnym Zarządzie zaczęły się redukcje, to właśnie pana Dąbrowskiego zredukowano, może jako byłego powstańca. W tej sytuacji zajął się on, ku zaskoczeniu otoczenia, produkcją cieczy orzeźwiającej nazywanej oranżadą* i w dość niedługim czasie gdzieś się wyprowadził.

 Mieszkanie za naszą ścianą zajęli państwo B., z dwójką nie bardzo dorosłych dzieci. Nie nawiązywali stosunków dobrosąsiedzkich z mieszkańcami piętra.

Czytaj dalej
notatki z podróży

No i wreszcie wyruszamy za granicę – Bułgaria

Był chyba rok 1970. Tadzio Jeleński, prywatnie nasz przyjaciel, a oficjalnie redakcyjny kolega Mietka, wybierał się, już po raz drugi, latem do Bułgarii. Zaproponował wspólny wyjazd. Bułgaria to był w owym czasie jedyny kraj z ciepłym morzem, do którego bez większego trudu jeździło się z Polski na wakacje.

Zawsze marzyły mi się zagraniczne podróże, ale wszelkie wyjazdy w PRL-u były mocno utrudnione, a na dodatek Miecio wybierał latem jeziora. Wolał utarte ścieżki, miał jakieś lęki przed wszystkim, co nieznane. Tym razem udało się go przekonać – ciepłe morze, ciekawy podwodny świat.

Czytaj dalej
mikrus pierwszy polski samochód osobowy po wojnie
kartki z pamiętnika

Mikrus – mój pierwszy wspaniały samochód

RSW „Prasa-Książka-Ruch” (Robotnicza Spółdzielnia Wydawnicza), między innymi wydawca miesięcznika „Nasz Klub”, zorganizowała niespodziewanie kurs samochodowy dla dziennikarzy. Miecio zapisał się na kurs. Chodził pracowicie na zajęcia teoretyczne i praktyczne i dostał prawo jazdy. No i teraz, jak już dostał to prawo jazdy, wypadało kupić samochód. Rozglądaliśmy się za doradcą, zaufanym ekspertem od starych samochodów.

Taką osobą okazał się nasz przyjaciel Andrzej Szymkiewicz. Właśnie niedawno wrócił z Anglii świeżo kupionym, starannie wybranym, niezbyt nowym samochodem. Wybraliśmy się więc z Andrzejem, w środku lata, na giełdę samochodową. Poszukiwany przez nas pojazd miał spełniać dwa warunki: być absolutnie doskonały i bardzo mało kosztować. Po przeglądzie oferowanych wehikułów wybór padł na dziesięcioletniego mikrusa.

Czytaj dalej
Kolorowe cienie

O Alfie Bobrowskim jeszcze słów parę

Kiedy już opublikowałam najnowszy wpis na moim blogu o Alfie Bobrowskim, mój brat przypomniał mi jeszcze jedną związaną z Alfem historyjkę.

Otóż zdarzyło się, że Alf otrzymał list, a w nim wezwanie do stawienia się w jakimś ważnym wojskowym urzędzie. Alf wpadł w przerażenie, że chcą go powołać do wojska. List czym prędzej zniszczył. Zniszczył też ponowne wezwanie. Na wszelki wypadek zaczął się ukrywać, przestał wychodzić z domu. Aż któregoś wczesnego poranka ktoś energicznie zastukał do jego drzwi. Alf, jeszcze zaspany, otworzył, nie sprawdziwszy potajemnie kto zacz. Za drzwiami stał młody żołnierz. Przybył tutaj z rozkazem doprowadzenia Alfa Bobrowskiego do Okręgowej Komendy Wojskowej. Nie było rady, zgnębiony Alf poszedł za nim, szczęśliwie OKW nie było daleko.

Czytaj dalej
Kolorowe cienie

Alf Medem Bobrowski i portret w złotej ramce…

Był naszym dosyć bliskim sąsiadem. Mieszkał w domu na rogu Oboźnej i Karasia naprzeciw Teatru Polskiego, w kamienicy, której udało się uniknąć wojennej zagłady. W dużym niegdyś mieszkaniu zajmował niewielki pokoik. W ciepłe letnie dni można go było spotkać na murku przed „Harendą”, bywał na piwku u Babci Gawlikowskiej czy „Pod Chrystusem”, pijał wódkę w „Staropolskim”, siadywał w kawiarence „U Artystów”. Malował portrety, czasem pejzaże i otrzymywał poważne zlecenia na wykonywanie tabliczek BHP-owskich.

Alf Medem Bobrowski, według jego opowieści, pochodził ze szlachty kurlandzkiej. Rodzice mieli majątek na kresach, gdzieś na Podolu czy Podlasiu. Przyszła wojna. Cały wschód Polski został zajęty przez sowiecką armię i wcielony w obszar Związku Radzieckiego. Kiedy zaczęły się wywózki Polaków w głąb Sowietskogo Sojuza, jego rodzina została pozbawiona majątku i wywieziona na Syberię, a może do Kazachstanu i gdzieś tam pewno zginęła lub pozostała. Jemu udało się opuścić ten gościnny kraj dopiero z wojskami Berlinga. Przemaszerował od Lenino do Berlina. Z tego czasu pobytu w Kraju Rad słyszałam tylko jedną opowieść – o tym, jak zbierał bukowe orzeszki w celach konsumpcyjnych…

Czytaj dalej
kartki z pamiętnika

Tratwą po Narwi

Zbyszek Falkowski był etatowym dziennikarzem w miesięczniku “Nasz Klub”. Jakoś nigdy w rozmowach o nim nie używało się jego imienia, zawsze po prostu mówiło się Falkowski. Pracę w redakcji rozpoczął chyba zaraz po jej powstaniu i pracował tu do ostatnich jej dni (“Nasz Klub” nie przetrwał stanu wojennego). Pisał reportaże z imprez kulturalnych odbywających się na bliskiej i dalekiej prowincji, artykuły o działalności placówek kulturalnych rozsianych po Polsce. Przeprowadzał wywiady z ludźmi odpowiedzialnymi za szerzenie kultury w kraju, w województwach, w powiatach. Spotykał się z regionalnymi pracownikami dużych i małych placówek kulturalnych.

Ta jego twórczość dziennikarska wymagała ciągłych podróży po kraju. Przemierzał Polskę wzdłuż i wszerz. Docierał do najdalszych jej zakątków. Wyspecjalizował się w rozliczaniu delegacji służbowych. Nikt jak on nie potrafił lepiej wyliczyć kosztów podróży, dobrać najkorzystniejszych połączeń autobusowych, pociągowych, obliczyć kilometry przebyte na piechotę. Nie wiem ,czy ktoś inny oprócz niego wstawiał do delegacji pozycję „piechota”. Były to nędzne grosiki za kilometr przebytej drogi, ale Zbyszek wyliczał skrupulatnie wszystkie swoje przemarsze.

Czytaj dalej
zamknij