Witam na moim blogu!

Krystyna Bukowczyk – dla przyjaciół Kuba. Ten mój blog jest przedsięwzięciem trochę historycznym. To rodzaj pamiętnika. Znajdziesz w nim opowieści o czasach które minęły, wspominam ludzi których już nie ma, o wielkich wydarzeniach, które  przemknęły obok mnie, o chwilach dobrych w czasach złych, o Warszawie z bliskich i dawnych już lat,  ilustrowane archiwalnymi zdjęciami… a też foto-notatki z moich różnych podróży...

 

GALERIA Bukowczyka

obejrzyj GALERIĘ
Kolorowe cienie

O Alfie Bobrowskim jeszcze słów parę

Kiedy już opublikowałam najnowszy wpis na moim blogu o Alfie Bobrowskim, mój brat przypomniał mi jeszcze jedną związaną z Alfem historyjkę.

Otóż zdarzyło się, że Alf otrzymał list, a w nim wezwanie do stawienia się w jakimś ważnym wojskowym urzędzie. Alf wpadł w przerażenie, że chcą go powołać do wojska. List czym prędzej zniszczył. Zniszczył też ponowne wezwanie. Na wszelki wypadek zaczął się ukrywać, przestał wychodzić z domu. Aż któregoś wczesnego poranka ktoś energicznie zastukał do jego drzwi. Alf, jeszcze zaspany, otworzył, nie sprawdziwszy potajemnie kto zacz. Za drzwiami stał młody żołnierz. Przybył tutaj z rozkazem doprowadzenia Alfa Bobrowskiego do Okręgowej Komendy Wojskowej. Nie było rady, zgnębiony Alf poszedł za nim, szczęśliwie OKW nie było daleko.

Czytaj dalej
Kolorowe cienie

Alf Medem Bobrowski i portret w złotej ramce…

Był naszym dosyć bliskim sąsiadem. Mieszkał w domu na rogu Oboźnej i Karasia naprzeciw Teatru Polskiego, w kamienicy, której udało się uniknąć wojennej zagłady. W dużym niegdyś mieszkaniu zajmował niewielki pokoik. W ciepłe letnie dni można go było spotkać na murku przed „Harendą”, bywał na piwku u Babci Gawlikowskiej czy „Pod Chrystusem”, pijał wódkę w „Staropolskim”, siadywał w kawiarence „U Artystów”. Malował portrety, czasem pejzaże i otrzymywał poważne zlecenia na wykonywanie tabliczek BHP-owskich.

Alf Medem Bobrowski, według jego opowieści, pochodził ze szlachty kurlandzkiej. Rodzice mieli majątek na kresach, gdzieś na Podolu czy Podlasiu. Przyszła wojna. Cały wschód Polski został zajęty przez sowiecką armię i wcielony w obszar Związku Radzieckiego. Kiedy zaczęły się wywózki Polaków w głąb Sowietskogo Sojuza, jego rodzina została pozbawiona majątku i wywieziona na Syberię, a może do Kazachstanu i gdzieś tam pewno zginęła lub pozostała. Jemu udało się opuścić ten gościnny kraj dopiero z wojskami Berlinga. Przemaszerował od Lenino do Berlina. Z tego czasu pobytu w Kraju Rad słyszałam tylko jedną opowieść – o tym, jak zbierał bukowe orzeszki w celach konsumpcyjnych…

Czytaj dalej
kartki z pamiętnika

Tratwą po Narwi

Zbyszek Falkowski był etatowym dziennikarzem w miesięczniku “Nasz Klub”. Jakoś nigdy w rozmowach o nim nie używało się jego imienia, zawsze po prostu mówiło się Falkowski. Pracę w redakcji rozpoczął chyba zaraz po jej powstaniu i pracował tu do ostatnich jej dni (“Nasz Klub” nie przetrwał stanu wojennego). Pisał reportaże z imprez kulturalnych odbywających się na bliskiej i dalekiej prowincji, artykuły o działalności placówek kulturalnych rozsianych po Polsce. Przeprowadzał wywiady z ludźmi odpowiedzialnymi za szerzenie kultury w kraju, w województwach, w powiatach. Spotykał się z regionalnymi pracownikami dużych i małych placówek kulturalnych.

Ta jego twórczość dziennikarska wymagała ciągłych podróży po kraju. Przemierzał Polskę wzdłuż i wszerz. Docierał do najdalszych jej zakątków. Wyspecjalizował się w rozliczaniu delegacji służbowych. Nikt jak on nie potrafił lepiej wyliczyć kosztów podróży, dobrać najkorzystniejszych połączeń autobusowych, pociągowych, obliczyć kilometry przebyte na piechotę. Nie wiem ,czy ktoś inny oprócz niego wstawiał do delegacji pozycję „piechota”. Były to nędzne grosiki za kilometr przebytej drogi, ale Zbyszek wyliczał skrupulatnie wszystkie swoje przemarsze.

Czytaj dalej
Kolorowe cienie

Opowieść o Henryku „Oborze”

Na koniu Henryk i ja, poniżej Tadzio Kowalski z Hanią, chmarka okolicznej dziatwy i dwa zaprzyjaźnione psy

Henryka poznaliśmy przez zaprzyjaźnionych studentów prawa. Do Warszawy przybył z Lubelszczyzny. Pochodził z rodziny ziemiańskiej. Dawniej miał zamiar zostać księdzem i nawet rozpoczął nauki w seminarium duchownym, ale później postanowił zostać literatem. Przyjechał więc do Warszawy i zamieszkał u brata. Brat był prawnikiem i wraz z żoną mieszkali na Mokotowie.

Co było prawdziwe w tym opowiadanym przez Henryka życiorysie, nie wiem. Mówił o sobie zazwyczaj spokojnym głosem, jakby od niechcenia. Opowiadał historie, które pokazywały go jako człowieka z dużym doświadczeniem, sporej wiedzy w różnych dziedzinach, żyjącego raczej dostatnio, skoncentrowanego na swojej twórczości. Henryk (nigdy jakoś w jego przypadku nie używało się zdrobnienia tego imienia) chętnie opowiadał o pisanej przez siebie książce. Miało to być dziełko na poły filozoficzne…

Czytaj dalej
kartki z pamiętnika

Wspomnienie leniwych wakacji 73.

Miecio lubił zbierać grzyby i miał do tego ogromny talent. Łaziliśmy godzinami po lesie. On miał już pełny koszyk, a ja zaledwie niewielki zbiorek. Lubił też łowić ryby, a ja jakoś zupełnie nie garnęłam się do tego zajęcia, ale lubiłam pływać łodzią, siedzieć nad wodą, włóczyć się po lasach. I tak niemal każde wakacje spędzaliśmy nad jeziorami.

Miecio świetnie pływał, a ja panicznie bałam się wody. W dzieciństwie jakoś nie miałam szans na nauczenie się pływania. W gimnazjum w Łodzi w ramach lekcji WF-u były zajęcia na basenie. Wzięłam się ambitnie do tej nauki, ale pech chciał, że kiedy na pierwszym treningu wypłynęłam z deską na głęboką wodę, koleżanka Basia znalazła się koło mnie i nie wiedzieć czemu zaczęła tonąć. Uchwyciła się więc mnie kurczowo, a ja nie mogłam zbliżyć się do brzegu basenu. Na szczęście odratował nas pan instruktor, ale tego strachu przed wodą nie udało mi się nigdy pokonać.

Czytaj dalej
kartki z pamiętnika

Życie towarzyskie w czasach po marcu 68.

Pałac w Oborach, Tina i ja zimą

Wydarzenia marcowe 1968 w stolicy wstrząsnęły życiem kulturalnym kraju. Rozpętany durny antysemityzm (roztrząsania kto Żyd, a kto Nieżyd), masowe wyjazdy do Izraela. Smutne pożegnania na Dworcu Gdańskim w Warszawie. Rozstania na zawsze.

Zaczęły się zwolnienia z pracy, zmiany osób na różnych stanowiskach. Ta nowa sytuacja dotknęła nawet kadrę akademicką. Jedni, niepokorni lub posiadający niewłaściwe pochodzenie, tracili pracę w trybie natychmiastowym, drudzy, „zasłużeni”, dostawali stanowiska, stopnie naukowe. Powstała grupa tak zwanych „docentów marcowych”.

Cytując za Wikipedią:
Prof. Roszkowski: „Komuniści próbowali zmobilizować w Polsce w marcu 1968 r. najciemniejsze siły drzemiące w każdym społeczeństwie – szowinizm, rasizm i ksenofobię – by rozegrać swoje porachunki oraz przesłonić istotne przyczyny permanentnego kryzysu społecznego w PRL, oduczyć Polaków racjonalnego myślenia i uczynić wspólnikami w walce z urojonym wrogiem”.

Czytaj dalej
Kolorowe cienie

Tadzio Kowalski zostaje dziennikarzem

Po paru latach studiów na Wydziale Prawa na Uniwersytecie Warszawskim Tadzio doszedł do wniosku, że prawnik to nie jest zawód, w którym chciałby pozostać na zawsze. Porzucił więc prawo i przeniósł się na dziennikarstwo. Dziennikarstwo było chyba naprawdę wymarzonym dla niego zawodem. Jego łatwość nawiązywania kontaktów, umiejętność rozmawiania z ludźmi, umiejętność obserwacji, wynajdowania ciekawych tematów dawały mu duże szanse na rozwinięcie skrzydeł w tym zawodzie.

Wraz z rozpoczęciem tych dziennikarskich studiów zaczął też Tadzio pisywać do gazet. Czasem zapraszał do współpracy fotograficznej Miecia. Tak powstał reportaż o zimowych zawodach jeździeckich czy wywiad z Elżbietą Czyżewską.

Czytaj dalej
okruszki pamięci

Mieszkanie na „szlaku”

Mieszkanie na Kopernika było właściwie mieszkaniem na „szlaku”. Wystarczyło wyjść z domu i już można było spotkać znajomych choćby z widzenia. Wszędzie stąd było blisko. Parę kroków do „Harendy” czy do kawiarni „Artystów” naprzeciw Teatru Polskiego. Niedaleko do kawiarenki PIW-u na Foksal, do Stowarzyszenia Dziennikarzy, lekkim spacerkiem do „Telimeny” czy na Stare Miasto…

Specjalnym miejscem spotkań była też winiarnia „U Hopffera” – maleńki lokalik w domku, przybudówce do kościoła św. Józefa. Dwa stoły ustawione w literę L, a przy nich z dwóch stron drewniane ławy. Pod ścianą naprzeciw bufet i półki z butelkami wina, a za bufetem pani Stasia.

Czytaj dalej
Kolorowe cienie

Opowieść o Krzysiu Drygasie, przyjacielu

Idąc Krakowskim Przedmieściem w letnie popołudnie, spotkaliśmy Krzysia wychodzącego z bramy Uniwersytetu. – Cześć, cieszę się, że cię spotykam – zakrzyknął, zbliżając się do Miecia. Miecio, lekko zaskoczony, nie bardzo sobie kojarzył napotkanego. – Nie pamiętasz mnie? Poznaliśmy się w Ciechocinku.

Krzyś, czyli Krzysztof Drygas, od niedawna mieszkał w Warszawie. Przybył tu z rodzinnego Leszna. Studiował polonistykę w Toruniu chyba z Januszem Żernickim i kiedyś odwiedził go w Ciechocinku. Tu w Warszawie nie miał wielu znajomych, więc ze spotkania Miecia bardzo się ucieszył. Niemal od razu się z nami zaprzyjaźnił.

Czytaj dalej
okruszki pamięci

Dom w Konstancinie

Tadzio Kowalski mieszkał w Konstancinie w domu rodzinnym wybudowanym jeszcze przez jego dziadka. Dom był duży, piękny, stał w dużym ogrodzie. Tyle że w czasach, kiedy poznaliśmy Tadeusza, nikt nie zajmował się zbytnio ani domem, ani ogrodem. Parter zajął kwaterunek, zamieszkiwali tu jacyś ludzie skierowani do mieszkania z urzędu. Rodzina Kowalskich ulokowała się na piętrze. Mama, pani Janina Kowalska, Tadeusz oraz dwoje jego młodszego rodzeństwa, Tomek i Elżunia, z jej maleńkim synkiem. Pani Kowalska, kobieta ze świetnym, przedwojennym wykształceniem, na szczęście dla rodziny doskonale znała francuski i to ta znajomość francuskiego pozwoliła jej znaleźć pracę w Pagarcie.

Czytaj dalej
zamknij