Author

Krystyna

kartki z pamiętnika, notatki z podróży

Przyjaźni z syrenką część druga i ostatnia

Wakacyjna podróż do Bułgarii przez Związek Radziecki i Rumunię, w którą wybraliśmy się z Mieciem starą syreną 104, była, jak się okazało, mocno ryzykownym przedsięwzięciem. Cel podroży nie był ściśle określony. Jechaliśmy po prostu do Bułgarii, bez GPS-a, bez jakiejś w miarę porządnej mapy, bez przewodnika, bo i nie było za bardzo skąd to wziąć. Podróże po demoludach nie były wtedy skomplikowane. Nie było zbyt wielu dróg i nie jeździło zbyt wiele samochodów, a przez Związek Sowiecki prowadziła tylko jedna trasa przeznaczona do przejazdu tranzytem i nie spotykało się na niej chyba żadnych tubylczych samochodów. Po sześciu dniach od wyruszenia z Warszawy przekroczyliśmy granicę bułgarską. W Bułgarii czułam się pewniej niż w Rumunii. To była już druga nasza wizyta w tym kraju, a dzięki mojej dobrej znajomości rosyjskiego łatwiej było się tu porozumiewać.

Niedaleko granicy, w niewielkim warsztaciku samochodowym, udało się zlikwidować przeciekanie chłodnicy w naszym wspaniałym wehikule. Jechaliśmy nieśpiesznie drogą w pobliżu morza, poszukując kempingu, który zechciałby nas przyjąć. Nie było to proste. Przy bramach wjazdowych wisiały tabliczki няма места albo informacje, że opłaty tylko w dolarach. Już dosyć późnym popołudniem dotarliśmy do Kawarny. No, nareszcie nas przyjęto.

Kemping był dość rozległy. Dużo ludzi, dużo namiotów. Wypatrzyliśmy w miarę puste miejsce, wydobyliśmy nasz mały namiocik. Niestety, nie spodziewaliśmy się, ile trudu będzie nas kosztowało jego rozbicie. Gleba była niemal skalista. Wyschnięta glina. Kołki i śledzie ledwo wchodziły w ziemię wbijane znalezionym kamieniem.

…jeszcze tylko kąpiel w morzu, kolacja i spać. Zapadał zmrok. W pobliżu naszego namiotu jacyś ludzie rozpalali ognisko. Ułożyłam się wygodnie do snu, gdy nagle poderwał mnie głos: „Wszystkie Polaki z namiotów wychodzić! Chodźcie do ogniska, będziem śpiewać! I po chwili rozległa się pieśń: „Wrzuciłem do sedesu znaczek ZMS-u…”.

Następnego poranka okazało się, że nasza syrenka ma problemy z hamulcami. Na szczęście jeden z dwóch młodych ludzi, którzy tu wczoraj przyjechali motocyklem i koło nas rozbili swój namiot, okazał się być mechanikiem samochodowym. Zaproponował pomoc. Pojechałam z nim motorem do pobliskiego miasteczka po zakup denaturatu do uzupełnienia płynu hamulcowego, a hamulec ręczny trzeba było na stałe unieruchomić.

Około południa wyruszyliśmy w dalszą drogę. Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, żeby dokupić płyn hamulcowy, i tu niespodziewanie spotkaliśmy Wojtka z bratem. To właśnie z nimi mieliśmy razem jechać do Bułgarii, ale oni wyruszyli dwa dni wcześniej. Niestety nas zatrzymały formalności z ubezpieczeniem. Teraz już wyruszyliśmy razem, ustalono, że jedziemy na kemping do Bałcziku. Kemping był znacznie oddalony od drogi wiodącej wzdłuż wybrzeża. Trzeba było przejechać przez miasteczko, dość stromą drogą w dół. Z powodu braku hamulca ręcznego pozostało hamować biegami. Jakoś udało się Mieciowi pokonać to trudne zadanie.

Na kempingu, chwilę po rozbiciu namiotów, Wojtek z bratem i Miecio zabrali się za uzupełnianie płynu hamulcowego świeżo nabytym specyfikiem. Wokół nas zgromadzili się rodacy zamieszkujący ten kemping chętni do pomocy i oczywiście do udzielania porad. Ktoś właśnie przyjrzał się odkręcanej butelce tego hamulcowego płynu i zakrzyknął: „Nie wlewać tego!”. Jak się okazało, pomieszanie dwóch różnych płynów spowodowałoby absolutną blokadę hamulców. W tej smutnej sytuacji pozostało już tylko jechać dalej na denaturacie. Wyruszyłam więc z bratem Wojtka jego samochodem do miasteczka po zakupy. W dwóch sklepikach oznajmiono nam to samo: spirt za garenie niama. Nie było też tego spirtu w aptece, ale miła pani aptekarka poleciła spirytus lawendowy. Kupiliśmy pół litra.

Następnego dnia Wojtek z bratem ruszyli dalej zwiedzać Bułgarię, a my zdecydowaliśmy zawrócić w stronę kraju już znaną nam drogą. I tak z całej Bułgarii zwiedziliśmy tylko plażę w Bałcziku i piękne ogrody wokół wybudowanego przed laty pałacu księżniczki rumuńskiej.

Żeby skrócić maksymalnie przejazd na tym lawendowym spirytusie wypatrzyłam na mapie nieco drugorzędną drogę przez Rumunię, nad Dunajem.

Było niedzielne popołudnie, przejeżdżamy przez miasteczko. Na drodze żadnych samochodów, za to grupami snują się Cyganie. Zrobiło się trochę straszno. Opowiadano, że Cyganie w Rumunii napadają na turystów, okradają samochody.

Wyprzedził nas samochód na niemieckiej rejestracji. Młodzi ludzie jadą w głąb Rumunii zwiedzać jakieś monastyry. Proponują, żebyśmy jechali razem, bo to bezpieczniej. Za miasteczkiem droga coraz gorsza, jedziemy po żwirze. Zatrzymuję przejeżdżającego na rowerze milicjanta, pytam, czy nie zbłądziliśmy. Mówi, że droga właściwa, tylko w remoncie. Jedziemy wolno, zapada zmrok i wokół samochodów pojawiają się nieprzebrane roje maleńkich czarnych owadów. Niemcy sugerują, żeby przeczekać do rana. Przekonuję, że to bez sensu, bo pożrą nas te owady.

Dojeżdżamy do miejsca, gdzie na mapie zaznaczony był most, przez który należy przejechać. I tu zaskoczenie − zamiast mostu jest prom. Prymitywny drewniany prom, po prostu drewniany podest, bez jakichkolwiek barierek, a po drugiej stronie rzeki jest kemping. Niemcy wjechali pierwsi, stanęli, zaciągnęli hamulec. Miecio po chwili wahania wjechał ostrożnie. Otworzył drzwiczki i nie mogąc użyć ręcznego hamulca, przytrzymywał samochód nogą.

Kemping okazał się dobrze zorganizowany. Rankiem pożegnaliśmy zaprzyjaźnionych Niemców i wyruszyliśmy w stronę sowieckiej granicy i dalej na nudną tranzytową trasę.

Przez Kraj Rad przejechaliśmy bez większych problemów, nie zatrzymując się prawie nigdzie, rezygnując z planowanego wcześniej zwiedzania Lwowa. Jedynym wyjątkiem było maleńkie miasteczko, do którego skręciliśmy z tej tranzytowej trasy. Byliśmy tam jednak tylko chwil parę, bo wypatrzył nas milicjant, pogodny, niemłody już człowiek. Podszedł i powiedział, że cudzoziemcy nie mają prawa tu przebywać i musimy czym prędzej wracać na właściwą drogę. Zdążyłam jedynie kupić piękny gliniany dzbanek w jakimś niewielkim sklepiku.

Jedyną dodatkową atrakcją tego przejazdu przez sowiecką krainę było urwanie się zamka w klapie zamykającej maskę samochodu. Miecio starannie przymocował klapę sznurkiem.

Na granicy sowiecko-polskiej odprawa ciągnie się powoli. Oglądają szczegółowo, co ludzie mają w bagażnikach. Trzeba też przejechać przez specjalnie przygotowany zbiornik z wodą. Miało to powodować odklejanie się od podwozia przyklejanych tam przemycanych „drobiazgów”.

Paszporty już sprawdzone, ale celnicy są ciągle zajęci, nikt nami się nie zajmuje. Poszłam do pogranicznego minisklepiku, kupiłam za pozostałe kopiejki jakieś ciasteczka. Wróciłam, a my dalej w tym samym miejscu. Nic się nie zmieniło. Przekonałam Miecia, że skoro jeszcze dotychczas do nas nie podeszli, to widać nie lubią samochodów tej marki, więc przejedźmy, nie czekając dalej, przez wodną przegrodę. Przejechaliśmy i okazało się, że możemy już też przejechać granicę.

No, nareszcie w Ojczyźnie. Miecio zdecydował, że jedziemy dalej bez zatrzymywania się do Warszawy. Byle prędzej do domu. Minęliśmy Rzeszów. Zrobiło się ciemno. Aż tu nagle silne uderzenie w nasz samochód. Gasną światła, rozsypują się z brzękiem rozmaite rzeczy rzucone niedbale na tylne siedzenie… Samochód łukiem skręca w lewo i wpadamy do rowu po lewej stronie drogi. Przednia szyba układa się spokojnie na trawie. Boczna mała szybka wypada jakimś sposobem, uderzając mnie pod okiem. Słyszę przerażony, cichy głos Miecia:

– Kuba, żyjesz? – i gwałtowne poszukiwanie zapalniczki.

Z trudem wygrzebaliśmy się z samochodu. Na lewym pasie tuż za nami stoi duża ciężarówka. To kierowca tej ciężarówki przywalił w nasz nieszczęsny samochodzik. Jak się później okazało, w pobliżu był przystanek autobusowy. Kilka osób, które wysiadły z tego autobusu, szło tą stroną jezdni i w tym kierunku, w którym jechała ciężarówka. Jakiś wesołek wypchnął kolegę na środek drogi. Kierowca ciężarówki jechał zbyt szybko, żeby wyhamować, więc nagłym ruchem skręcił w lewo… i stało się.

Po godzinie przyjechała milicja. Przesłuchano mnie, bo w karcie wozu występowałam jako właścicielka. Przesłuchano kierowcę. Zaproponowano skierowanie sprawy do sądu w Radomiu. Na szczęście nie zgodziłam się na to. Zaproponowano załatwienie noclegu w jakiejś pobliskiej chałupie. Podziękowałam, woleliśmy przetkwić do rana w mocno nadszarpniętym, wyciągniętym już z rowu samochodzie na straży mizernego dobytku. Była to słuszna decyzja, bo już o czwartej rano pierwsi ciekawscy zaczęli zaglądać do środka.

Następnego ranka milicja załatwiła nam wraz z syrenką przejazd do Warszawy jakąś ciężarówką. My siedzieliśmy w szoferce, a naszą nieszczęsną syrenkę wciągnięto na pakę ciężarówki. Problem powstał w Warszawie. Jak zdjąć tę nieszczęśnicę na ziemię. Na szczęście pojawił się na ulicy jakiś niewielki dźwig budowlany. Udało mi się namówić kierowcę dźwigu, żeby za opłatą dokonał tego niecodziennego dla dźwigów budowlanych przedsięwzięcia.

Teraz zaczęła się walka o odszkodowanie. Radca prawny z PZMot polecił mi adwokata specjalistę od trudnych spraw samochodowych. Nasza syrenka nie miała autocasco, odszkodowanie trzeba było uzyskać z polisy kierowcy ciężarówki, a więc trzeba było udowodnić mu choćby cień jego winy. Kierowca upierał się, że napotkani na drodze przechodnie szli w jego kierunku, a więc widzieli samochód i nikt by w takiej sytuacji na drogę nie wybiegał. Gdyby jednak szli w stronę przeciwną i byli tyłem do nadjeżdżającego pojazdu, to jego obowiązywała zasada braku zaufania do osób poruszających się po drodze.

Na dwie kolejne rozprawy w sądzie pierwszej instancji kierowca ciężarówki przyjeżdżał z Rzeszowa. Na drugą przyjechała z nim radca prawny z firmy, której własnością była ciężarówka. Mówiła mu: „Czemu się pan tak upiera, przecież to nie pan będzie płacił. Niech ludzie dostaną pieniądze”. Nie pomogło. Upierał się przy swoim. Sprawę przegrałam.

Na apelację wezwano świadka dodatkowego – osobę, która jechała w szoferce ciężarówki. Powiedziała, że nic nie pamięta. Spytano, czy na przesłuchaniu zaraz po wypadku mówiła prawdę. Potwierdziła. No, było trochę lepiej.

Teraz miałam zabrać głos ja, a tu właśnie, z powodu przeziębienia, straciłam głos niemal całkowicie – zapalenie strun głosowych. Szeptem podałam imię i nazwisko. Sąd wysoki poprosił, żebym mówiła głośniej. Wyszeptałam, że nie mogę.

Nauczycielka bez głosu, ze zrujnowaną starą syreną – wysoki sąd spojrzał na mnie litościwym okiem. Wygrałam apelację. Tydzień później z ogłoszenia umieszonego w gazecie znalazł się szczęśliwy nabywca szczątków naszego pojazdu. Nie bardzo mogłam pojąć, po co mu to było. Tak zakończyła się przygoda z syrenką przez złośliwców nazwaną „skarpetą”. Po przygodach z samochodami produkcji rodzimej postanowiliśmy się przerzucić na samochody bardziej zachodnie. Następnym naszym nowym starym samochodem był trabant nazywany „mydelniczką”.

syrenka 204 na tle drogi
Bez kategorii, kartki z pamiętnika, notatki z podróży

Dwuczęściowa opowieść o przyjaźni z syrenką

Na ekranie telewizora pojawiła się reklama ŠKODA ENYAQ iV – samochód elektryczny.
A mnie się przypomniała SYRENA 104, nasz nowy stary samochód. Kupiliśmy ją z jakiegoś ogłoszenia w gazecie. Była dość mocno nadszarpnięta zębem czasu, ale na przydział nowej nie mieliśmy szans nijakich (przydziały na nowe samochody w PRL-u otrzymywali ludzie zasłużeni dla budowy socjalizmu), a na nowszy nie mieliśmy pieniędzy.

Mąż mój Miecio Bukowczyk był ambitnym kierowcą, chociaż niezbyt utalentowanym w tym kierunku. Po prostu nie lubił skręcać w lewo i nie bardzo orientował się w topografii miasta. Jednak samochodem można było pojechać do lasu na grzyby, łatwiej odwiedzać rodziców mieszkających w Ciechocinku, no i wyjeżdżać w delegacje służbowe z redakcji „Nasz Klub”.

Read more
kartki z pamiętnika

15 miesięcy i 12 dni wolności

Schyłkowy okres rządów Gierka to czas wielkiej zapaści ekonomicznej. Niezadowolenie obywateli przebrało miarę.

14 i 15 sierpnia 1980 w stoczniach Gdańska i Gdyni wybuchają strajki. Robotnicy domagają się poprawy warunków bytowych, wprowadzenia kartek na mięso, zniesienia przywilejów partyjnych, zagwarantowanej w Konstytucji PRL wolności słowa, niezależnych od partii i pracodawców wolnych związków zawodowych. Ten strajk stoczniowców stał się początkiem gwałtownie rozwijającą się fali strajków na całym wybrzeżu… w całym kraju.

19 sierpnia MKS (Międzyzakładowy Komitet Strajkowy) Stoczni Gdańskiej zrzeszał już 253 zakłady. 20 sierpnia do strajków przyłączyły się Politechnika Gdańska, Uniwersytet Gdański, Opera Bałtycka, Filharmonia Bałtycka. 21 sierpnia dołączyły zakłady Elbląga, Ustki, Słupska…

Read more
Bez kategorii

Rozmyślając o niesprzedanych chryzantemach…

O czym tu pisać w ten niespokojny czas. Czas buntu, gigantycznych demonstracji, czas zarazy, czas nieprzewidywalnych, chaotycznych posunięć rządu, oszalałych decyzji naczelnika państwa, pierwszego sekretarza wiodącej partii.

Te moje opowiastki, trochę wesołe, trochę smutne, wspominki minionych już wydarzeń nijak nie pasują do obecnej chwili.

Niespodziewane zamknięcie cmentarzy w zaduszkowe dni, tragedie hodowców chryzantem, wściekłość i gorycz ludzi, którzy jak co roku chcieli odwiedzić groby swoich bliskich… przypomniały mi czas stanu wojennego.

Noc 13 grudnia, kiedy o 24:00 przestały działać telefony. Noc, w którą zapełniły się areszty, internowano w całej Polsce tysiące działaczy „Solidarności” i nie tylko…  Dzień 13 grudnia, dzień, kiedy o dziesiątej rano zamiast „Teleranka” czy mojej ulubionej radiowej audycji „60 minut na godzinę” z telewizorów i radioodbiorników popłynął spokojny głos Wojciecha Jaruzelskiego obwieszczający zarządzenie stanu wojennego i nowe prawa obowiązujące obywateli. Patrole wojskowe, wozy pancerne i czołgi na ulicach Warszawy i innych miast, godzina policyjna. Zamknęły się granice kraju, zamknęły się granice miast. Samoloty przestały latać. Strach i niepewność jutra… Czy wkroczą „przyjaciele” ze Wschodu? A może z przyjaznym wsparciem, jak w 68 do Czechosłowacji wjadą pacyfiści z tejże Czechosłowacji i NRD? Czy wywiozą internowanych na wakacje na Syberii? Co będzie dalej? Jak długo to będzie trwało?

Administrację krajem przejął WRON (Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego) – organ powstały nocą z 12 na 13 grudnia. Rada pod przywództwem Wojciecha Jaruzelskiego zgromadziła najważniejszych generałów i paru pułkowników. Urzędy administracji państwowej, urzędy miejskie zostały oddane pod kontrolę wojskowych komisarzy.

WRON
foto z Wikipedii – Posiedzenie Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego 14.12.1981

Zamknięto redakcje czasopism, zamknęły się teatry i kina, opustoszały sale wystawowe, odwołano koncerty. Radio i telewizja nadawały głównie komunikaty dotyczące przepisów stanu wojennego. Do telewizji niespodziewanie powrócił od nowa, niedawno nadawany radziecki serial „Siedemnaście mgnień wiosny”. Patrole policyjne i wojskowe nadzorowały ulice miast.

Stan wojenny był precyzyjnie przygotowany. Przygotowania trwały niemal od początku roku 1981 w obawie przed rosnącym gniewem normalnych ludzi, rosnącym w siłę związkiem zawodowym „Solidarność”.

Ta grudniowa noc w jednej chwili zmieniła życie wszystkich ludzi w Polsce.

W czasach, kiedy nie było telefonów komórkowych i internetu, trzeba było jakoś organizować przepływ informacji, organizować pomoc rodzinom internowanych, pomagać ukrywającym się. Szybko ruszyły podziemne drukarenki. Produkowano „bibułę”, przygotowywano jej kolportaż. Zaczęła napływać pomoc z zagranicy. Życie kulturalne przeniosło się do prywatnych mieszkań, do przykościelnych sal.

Dla tak zwanych normalnych ludzi wszystko było jakieś prostsze. Był tylko jeden wspólny wróg, nie było waśni politycznych, a Kościół wspierał obywateli.

To nagłe i całkiem niespodziewane zamknięcie granic dla wielu ludzi było prawdziwym dramatem, dla innych nieco mniejszym.

Ludzie, którzy z rozmaitych powodów znaleźli się chwilowo na Zachodzie stanęli przed dylematem: zostać, być może w lepszym świecie, porzucając może na zawsze, dom i rodzinę, czy wracać w niepewne jutro. Wielu nie wróciło…

Łucja, znajoma dziennikarka, zdecydowała się wraz z narzeczonym wyemigrować do Austrii czy może potem gdzieś dalej. Decyzja zapadła na początku jesieni. On wyjechał do Wiednia z końcem października, żeby znaleźć tam mieszkanie i pracę. Ona zajęła się sprzedażą warszawskiego mieszkania. Właśnie udało jej się zakończyć pozytywnie transakcję sprzedażową i kupić bilet na pociąg na 14 grudnia. No cóż została w ojczyźnie bez mieszkania i bez narzeczonego.

Maciek i Agnieszka 15 grudnia mieli polecieć na wycieczkę do Indii. Bilety na samolot kupione, bagaże przygotowane… Wycieczki zagraniczne w tamtych latach były zwykle eskapadą  turystyczno-handlową. Niebotyczna cena dolara w Polsce wprost zmuszała turystę do zarobienia przynajmniej tylu pieniędzy by zwrócił się koszt wyprawy. Z Indii przesyłało się w paczkach piękne suknie, spódnice, kolorowe szmatki. Żeby je tam zakupić, potrzebne były dolary. A żeby mieć dolary, trzeba było wywieźć z Polski odpowiedni zestaw przedmiotów do sprzedania. No i w niedzielny poranek Maciuś z Agnieszką zostali w domu z tym zupełnie im niepotrzebnym, mozolnie zdobytym towarem. 

Mąż mój Miecio Bukowczyk został bezrobotnym dziennikarzem. Wprawdzie wydawnictwo RSW „Prasa” zawiadomiło, że przez pół roku będzie wypłacało pensję, ale w redakcji główne zarabiane pieniądze pochodziły nie z pensji, tylko z wierszówki. Zamknęły się też różne gazety, dla których robił ilustracje. Z nastaniem stanu wojennego piórko i pędzelki pozostały nietknięte na półce. Miecio zaczął rozmyślać nad wynalezieniem innego zajęcia, a na razie, w towarzystwie dwóch kolegów z redakcji, nie bardzo wiem dlaczego, zaczął pobierać lekcje niemieckiego u zaprzyjaźnionej germanistki.

Bez kategorii

Kanarek i rybki

Te moje „Opowieści z przeszłości” przywodzą niekiedy Czytelniczkom i Czytelnikom mojego bloga ich własne wspomnienia z dawnych lat, przypominają znajomych niegdyś ludzi. Czasem piszą o nich w komentarzach, częściej w przysyłanych do mnie mailach.

Po ostatnim wpisie – opowieści o kanarku Karolu – otrzymałam maila od Joanny Tramerowej. W mailu tym opowiedziała tragiczną historię sprzed wielu lat. Mama Joanny miała kanarka imieniem Świerk. Kanarkiem owym wielce się interesował trzyletni braciszek Joanny. Pewnego dnia w trosce o ptaszka postanowił go napoić. „I widzę go szlochającego, trzymającego w ściśniętej piąstce martwego kanarka: chciał mu dać pić, więc zanurzył mu łepek w wanience pełnej wody i przytrzymał. Nigdy nie zapomnę rozpaczy tego trzylatka. Nie był to płacz, bo coś chcę albo czegoś nie chcę. Była to prawdziwa, egzystencjalna rozpacz, cichy, niekończący się płacz. Tak, jakby zrozumiał, co to jest śmierć”.

Read more
klatka i kanarek
kartki z pamiętnika

Krótka historia Karola

Był piękny jesienny dzień, wtorek, a może środa. Jak zwykle od rana miałam zajęcia w szkole.

Po drugiej lekcji zadzwoniłam do domu. Miecio – mąż mój – był jeszcze nie całkiem obudzony. Odebrał telefon i powiedział:

– A do nas przez lufcik przyleciał kanarek.

 – Co ty mówisz? – zapytałam.

– No, kanarek – odpowiedział i tu rozmowa się urwała, a ja już musiałam iść na lekcję.

Read more
Bez kategorii

Dobra strona przeprowadzki

Moja przeprowadzka z Warszawy do Pruszkowa trwająca rok i siedem dni to pasmo zupełnie nieprzewidywanych wydarzeń. Na szczęście w każdej sytuacji staram się wynajdywać dobre strony i zazwyczaj mi się to udaje.

Przeglądając różne pudła i pudełeczka, a w nich nagromadzone przez lata najrozmaitsze skarby i zupełnie niepotrzebne szpargały znalazłam niewielką plastikową torebeczkę. W torebeczce coś błysnęło. Kiedy chciałam ją otworzyć, rozpadła się i wypadł z niej złoty medal. Złoty nie żeby ze złota, ale z nazwy i ze złotego koloru. A na nim „MOCKBA 73”.

Read more
kartki z pamiętnika

Jak kupowałam maszynę do szycia – opowieść z lat 70.

Ta środa okazała się dniem wielkiej szczęśliwości. Stałam się posiadaczką elektrycznej maszyny do szycia firmy „Łucznik”!

„Łucznik” zajmował się produkcją pistoletów i kałachów, a maszyny do szycia były tylko produkcją uboczną, maskującą z lekka rzeczywistą działalność zakładu.

Był zwykły, szary dzień, w środku jesieni. Szłam rankiem niechętnie do szkoły. Jakoś czułam się nie najlepiej. Chyba początki zaziębienia, a przede mną siedem lekcji i akurat dziś nie mogę zarządzić żadnej klasówki. I nagle olśnienie. Przecież dzisiaj jest środa. A we środy do sklepu AGD (Artykuły Gospodarstwa Domowego) na Żurawiej mieli dostarczyć maszyny do szycia.

Read more
Bez kategorii, kartki z pamiętnika

Mieszkaniowe Transakcje w PRL

W mieszkaniu za ścianą, większym o siedem metrów kwadratowych od naszego, mieszkał pan Dąbrowski, powstaniec warszawski. Pan Dąbrowski pracował z naszym Tatą w Centralnym Zarządzie Przemysłu Tłuszczowego i obaj w tym samym czasie otrzymali przydział mieszkań pracowniczych w tym domu. Kiedy w Centralnym Zarządzie zaczęły się redukcje, to właśnie pana Dąbrowskiego zredukowano, może jako byłego powstańca. W tej sytuacji zajął się on, ku zaskoczeniu otoczenia, produkcją cieczy orzeźwiającej nazywanej oranżadą* i w dość niedługim czasie gdzieś się wyprowadził.

 Mieszkanie za naszą ścianą zajęli państwo B., z dwójką nie bardzo dorosłych dzieci. Nie nawiązywali stosunków dobrosąsiedzkich z mieszkańcami piętra.

Read more
notatki z podróży

No i wreszcie wyruszamy za granicę – Bułgaria

Był chyba rok 1970. Tadzio Jeleński, prywatnie nasz przyjaciel, a oficjalnie redakcyjny kolega Mietka, wybierał się, już po raz drugi, latem do Bułgarii. Zaproponował wspólny wyjazd. Bułgaria to był w owym czasie jedyny kraj z ciepłym morzem, do którego bez większego trudu jeździło się z Polski na wakacje.

Zawsze marzyły mi się zagraniczne podróże, ale wszelkie wyjazdy w PRL-u były mocno utrudnione, a na dodatek Miecio wybierał latem jeziora. Wolał utarte ścieżki, miał jakieś lęki przed wszystkim, co nieznane. Tym razem udało się go przekonać – ciepłe morze, ciekawy podwodny świat.

Read more
Close