Przeglądając moje archiwum, znalazłam dokument z lipca 1991. Zaświadczenie o ukończeniu z wynikiem dobrym kursu bioenergoterapii. Jak wynika z dokumentu, kurs trwał 3 miesiące i obejmował 120 godzin zajęć teoretycznych i praktycznych.
O bioterapii zrobiło się w Polsce głośno w latach 70., kiedy to zaczął odwiedzać nasz kraj słynny uzdrowiciel, angielski bioenergoterapeuta Clive Harris. Harris uzdrawiał dotykiem. Spotkania z nim odbywały się w kościołach i kaplicach. Jeździł po całej Polsce i wszędzie przychodziły tłumy, ustawiały się kolejki, by przez kilka sekund dotknąć dłoni człowieka posiadającego niezwykłą moc.
Nie wiem, czy kogoś uzdrowił, ale ta jego legenda dawała nadzieję, poprawiała samopoczucie choć na parę godzin czy na parę dni. Jego działania, starannie śledzone przez bezpiekę, nie były zabronione. Legenda głosiła, że leczył nawet samego Gierka, a kościoły otwierały swoje podwoje, chętnie udzielały mu pomocy. Nie uczestniczyłam w żadnym ze spotkań z Harrisem, ale rozmawiałam ze znajomymi, którzy tam bywali.
Kiedy kilka lat później dowiedziałam się od Urszulki, jednej z moich najważniejszych przyjaciółek, że właśnie była na kursie bioenergoterapii i że to bardzo interesujące, i dobrze robi na nerwy, postanowiłam się zapisać. Nie miałam zamiaru zostać bioterapeutką, ale czemuż by się nie dowiedzieć czegoś o niekonwencjonalnych metodach leczenia.
Przed przyjęciem na kurs była krótka rozmowa z organizatorem i krótki test sprawdzający, czy mam predyspozycje do zajęcia się bioterapią. Bo bioterapia to oddziaływanie terapeuty na pacjenta poprzez dotyk lub za pomocą emitowanej „energii biologicznej”. Nie pamiętam, jak ten test wyglądał, ale skoro zostałam przyjęta, to znaczy, że predyspozycje posiadałam, a może i mam do dnia dzisiejszego.
Zajęcia z moją grupą prowadził pan Dominik. Na wstępie opowiedział nam, jak zaczęła się jego przygoda z bioterapią. Z zawodu był inżynierem drogowym i amatorsko interesował się różdżkarstwem. Zdarzyło się, że otrzymał kontrakt zagraniczny, chyba do Iraku czy Iranu, na budowę dróg. Na miejscu okazało się, że plany zleceniodawcy się zmieniły, zamiast drogi chcą budować studnie. Gdyby mu ta zmiana umowy nie odpowiadała, to czekał go powrót do domu. W tej niezwykłej sytuacji spróbował wykorzystać umiejętności różdżkarskie, no i się udało. Według jego wskazówek wybudowano trzy studnie na jakichś pustynnych przestrzeniach.
W dzień przed odlotem do Polski poszedł z tłumaczem na targ po ostatnie przedodlotowe zakupy. Kiedy kupił figi od siedzącego na ziemi sprzedawcy, ten poprosił tłumacza, by pan Dominik dotknął go. Tłumacz przekazał prośbę. Pan Dominik na pożegnanie dotknął ręki sprzedawcy. Sprzedawca wstał i oddalił się. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo już wszystkie figi miał sprzedane, ale jak się później okazało, on przedtem nie chodził! To niezwykłe wydarzenie skłoniło pana Dominika do poważnego zainteresowania się bioenergoterapią.
Bioterapia traktuje pacjenta holistycznie. W bioterapii nie leczy się konkretnej choroby, lecz zajmuje się leczeniem całego organizmu. Leczy się tu nie objawy, lecz przyczyny. Uważa się, że choroba fizyczna, a także psychiczna jest zaburzeniem przepływu energii życiowej. Układ energetyczny stawiany jest na równi z systemem krążenia, oddychania, nerwowym czy pokarmowym.
Układ energetyczny to:
- Meridiany, czyli kanały energetyczne łączące narządy wewnątrz organizmu. Teorię meridianów przed tysiącami lat opracowali chińscy specjaliści od akupunktury.
- Czakry, czyli zakończenia tych kanałów, wychodzące na powierzchnię skóry, „zasysające” energię z zewnątrz.
- Aura – pole energii otaczające każdą istotę, odzwierciedlająca jej stan fizyczny, emocjonalny i duchowy.
W części teoretycznej kursu było trochę o anatomii i dużo o układzie energetycznym, o meridianach, czakrach, o aurze, jej warstwach i kolorach.
Zadaniem bioterapeuty jest pobudzenie przepływu energii w ciele pacjenta, spowodowanie, by popłynęła poprawnie przez meridiany, żeby poprawnie ukształtowała się jego aura. By skutecznie pomóc pacjentowi, by posiąść wiedzę o jego stanie zdrowia, terapeuta musi być do zabiegu starannie przygotowany. Konieczny jest tu spokój terapeuty i duża koncentracja. Były więc w ramach zajęć edukacyjnych ćwiczenia relaksacyjne i medytacje świetnie działające antystresowo.
Na którychś zajęciach pod koniec kursu, po zakończonej medytacji, nasz nauczyciel zarządził wykonanie ćwiczenia z diagnostyki. Zajęcia odbywały się w sali lekcyjnej, w której stały zwykłe szkolne stoliki i krzesełka. Tego dnia siedziałam w ławce ze starszym panem, od dawna działającym gdzieś na prowincji terapeutą. Zadanie miało polegać na ustaleniu słabych punktów w organizmie badanej osoby. Stanąć przed badaną osobą i przesuwając dłonie bezdotykowo wzdłuż aury badanej osoby (od góry ku dołowi), określić ewentualne miejsca, gdzie są jakieś nieprawidłowości w jego organizmie. To, że mój ławkowy kolega odkrył, że mam kłopoty z kolanem, wcale mnie nie zdziwiło, ale fakt, że ja odebrałam w dłoniach jakieś inne uczucie przy zbliżeniu do bioder kolegi, było dla mnie zaskoczeniem. Okazało się, że właśnie wkrótce wybiera się na rehabilitację stawu biodrowego.
Dużo dowiedziałam się na tym kursie o różnych rodzajach medycyny niekonwencjonalnej i możliwości ich stosowania łącznie z bioterapią, takich jak:
- Akupresura
- Różdżkarstwo
- Praca z wahadełkiem
- Polarity
- Metoda Silvy – stosowana w redukcji stresu, leczeniu bólu, wspieraniu rozwoju pamięci, koncentracji i intuicji
- Reiki – postrzegane jako wiedza tajemna
Jedne zajęcia poświęcone były Hunie – starodawnej filozofii stworzonej przez polinezyjskich Kahunów, kapłanów i uzdrowicieli. To właśnie Huna zainteresowała mnie najbardziej. Od kogoś wypożyczyłam skrypt przepisany na maszynie i odbity na ksero. Czytałam go całą noc, bo nie miałam szansy na powielenie. Wtedy jeszcze o kserografy było trudno, skanery w Polsce prawie nie istniały, zresztą ja dopiero marzyłam o własnym komputerze. Wprawdzie nie zostałam uzdrowicielką, ale dzięki Urszulce przeżyłam interesującą przygodę.




