Do Waranasi przyjechaliśmy wieczorem. Szybkie zakwaterowanie w hotelu, kolacja i jak najszybciej do łóżka. Niestety jestem zaziębiona. To wynik klimatyzacji w naszym busie. Pan Tomasz, prawnik z Poznania, siedzący za mną, niemal codziennie gromkim głosem wykrzykiwał „klima!”. Wtedy kierowca zatrzymywał busa, wysiadał, kierował się do jakiegoś włącznika znajdującego się na zewnątrz naszego pojazdu i specjalną korbą włączał tę „klimę”. Jak się później okazało, to głównie na mnie skierowany był ostry nawiew. No i niestety zachorowałam. A jutro od wczesnego rana zwiedzamy miasto.
* * *
Waranasi, znane również jako Benares lub Kashi, to jedno z najstarszych ciągle zamieszkanych miast na świecie. Jego historia sięga ponad 3000 lat i mówi, że założone zostało przez boga Shivę. To główne centrum hinduizmu i buddyzmu.
Hinduizm to religia głęboko zakorzeniona w kulturze i tradycji indyjskiej. Jego święte miasta, uznawane za miejsca mocy i duchowego przebudzenia, przyciągają wiernych i poszukiwaczy prawdy. Waranasi jest zaliczane do najświętszych miast w Indiach. Przybywają tu miliony pielgrzymów i turystów z Indii i z całego świata. Rytualne kąpiele w rzece Ganges oraz modlitwy na brzegach rzeki są ważnymi praktykami religijnymi.
Główną atrakcją turystyczną Waranasi są ghaty – kamienne schody prowadzące do rzeki, ciągnące się wzdłuż Gangesu. Tu bramini udzielają błogosławieństw, żebracy proszą o jałmużnę, a wierni zbierają się na medytację i oczyszczające kąpiele – pudźa, wierząc, że woda Matki Gangi zmywa grzechy całego świata. Jest pięć ghatów, gdzie pielgrzymi mają obowiązek dokonać kąpieli tego samego dnia w określonej kolejności.
Na tych schodach odbywają się też ceremonie pogrzebowe. Hinduiści wierzą, że spalenie ciała na brzegu Gangesu oczyszcza duszę, przerywa cykl reinkarnacji i prowadzi do ostatecznego wyzwolenia, Nirwany.
Ghaty kremacyjne w Waranasi znajdują się przed miastem. Tu przybywają kondukty pogrzebowe, tu układane są stosy, na których rodziny składają ciała swoich zmarłych przystrojone w biżuterię, owinięte w jedwabny całun, przykryte kwiatami. W ceremonii pogrzebowej uczestniczą tylko mężczyźni, żeby odbyła się w absolutnej powadze, bez okazywania rozpaczy. Kobiety mogą przyglądać się jej z łodzi na rzece.
Ceremonie pogrzebowe są kosztowne. Główny ich koszt to zakup odpowiedniej ilości drewna. Ludzie ubodzy zwykle kupują go zbyt mało. Po zakończonej ceremonii popioły i niedopalone szczątki wrzucane są do Gangesu, a woda niesie je wzdłuż miasta…
Wszystkie prace fizyczne przy ceremoniach pogrzebowych wykonują Nietykalni. Nietykalni to ludzie nienależący do żadnej kasty w indyjskim systemie kastowym, tradycyjnie wykonujący prace uważane za zanieczyszczające duchowo.
* * *
Jeszcze jedna, mniej znana informacja. Waranasi jest miastem zamieszkanym przez około 1,2 miliona mieszkańców, a wśród nich mieszka może nawet 10 tysięcy wdów.
Los wdowy w Indiach jest po prostu okrutny. Wdowa staje się istotą „martwą za życia”. W Indiach istnieje silna tradycja, zgodnie z którą wdowy po śmierci swoich mężów powinny żyć w ascezie. Pozbywają się ich rodziny, uważając, że przynoszą pecha. Zostają niemal bez środków do życia, niewidzialne dla społeczeństwa. Wdowa nie ma prawa ponownie wyjść za mąż i do końca swoich dni ma być żałobnicą. Na znak żałoby większość nosi białe sari, niektóre zgodnie z dawną tradycją golą głowy. Nie mogą brać udziału w radosnych uroczystościach.
W Waranasi, pełnym hinduistycznych świątyń i aszramów, wdowy śpiewają bhadźany – religijne pieśni, i liczą na datki pielgrzymów. Starają się też o jakieś prace niewymagające kwalifikacji, są też wśród nich analfabetki.
Do Waranasi ściągają wdowy z innych miejscowości w poszukiwaniu wsparcia duchowego i materialnego. Tu istnieją organizacje niosące pomoc, istnieją schroniska, w których mogą zamieszkać.
* * *
Kilka minut po czwartej wyruszamy nad Ganges, gdzie każdego ranka przed świtem odbywa się uroczyste powitanie dnia. Idziemy wąskimi uliczkami w stronę rzeki. Jest jeszcze mroczno i trzeba uważać, żeby nie wdepnąć w świeże odchody krów lub nie nadepnąć na kogoś śpiącego, leżącego po prostu na ulicy. Ta droga ku rzece jest raczej przerażająca.
Wreszcie brzeg rzeki. Wsiadamy do długiej łodzi. Wypływamy na wody świętego Gangesu i teraz z pewnej oddali oglądamy ten mistyczny spektakl. Wypływają też inne łodzie. Nad rzeką unoszą się poranne mgły, czekamy na wschód słońca. Na wysokich platformach pomiędzy ghatami kapłani w pomarańczowych szatach wznoszą modły ku czci bogini Ganga. Słychać śpiewy, dźwięki bębenków i dzwonków, odbywa się rytuał ognia… Na schodach coraz więcej ludzi. Widać kąpiących się mężczyzn i wchodzące do wody kobiety w kolorowych sari. Dziwne, a zarazem magiczne widowisko.
W powrotnej drodze odwiedzamy świątynię Kashi Vishwanath. Świątynia ta poświęcona bóstwu Shiva znajduje się w centrum miasta, w sąsiedztwie dzielnicy muzułmańskiej. Ponieważ zdarzają się przypadki niszczenia przez muzułmanów świątyń hindu, jest ona pilnie strzeżona. Nie wolno wnosić ze sobą aparatów fotograficznych ani toreb czy plecaków. Wchodzimy do znajdującego się w pobliżu sklepu z tkaninami i zostawiamy w nim rzeczy niedozwolone. Zupełnie nie pamiętam wnętrza świątyni, a zdjęć żadnych nie mogłam wykonać.
Około 19:00 w Waranasi jest zachód słońca. Po południu mamy udać się nad Ganges na pożegnanie dnia. Niestety czuję się bardzo marnie. Choroba nie mija, a jutro rankiem wyruszamy w dalszą drogę – opuszczamy Indie i jedziemy do Nepalu. Zdecydowałam się pozostać w hotelu w nadziei na choćby lekką poprawę zdrowia. Jak sobie pomyślałam o tej porannej drodze przez miasto, to za bardzo nie żałuję. Cieszyłam się, że już jutro opuszczamy ten przerażający kraj pełen nędzy, straszliwego brudu i błąkających się po ulicach wychudłych krów. Waranasi ze świętą rzeką Ganges, jedną z najbardziej zanieczyszczonych rzek na świecie, już tylko dopełniło ten obraz.
Wiem, że dla wielu ludzi Indie są zachwycającą krainą. Na pewno jest inaczej, kiedy podróżuje się indywidualnie, kiedy ma się czas na samodzielne poruszanie się po ulicach, wśród ludzi, własnym rytmem. Wycieczka z biura podróży i z przewodnikiem żyjącym w strachu, że pogubi podopiecznych, nie daje szans na prawdziwe poznanie zwiedzanego kraju. To jak oglądanie wybranych przez kogoś żywych obrazów.













