W Pszczelinie, dzielnicy podwarszawskiego Brwinowa, w szkole rolniczej powstało, chyba z inicjatywy dyrekcji, niewielkie biuro podróży. Ideą tego biura było organizowanie niedrogich zagranicznych wycieczek objazdowych organizowanych dla nauczycieli przez nauczycieli tej pszczelińskiej szkoły.

Był rok 1986. Tego lata biuro oferowało 28-dniową objazdówkę po Grecji i Jugosławii. Była w przystępnej cenie. Zapisałam więc co prędzej Miecia i siebie.

10 dni przed wyjazdem odbyło się zebranie uczestników. Janek – pilot grupy – przedstawił zgromadzonym program wycieczki i szczegóły dotyczące organizacji całej wyprawy.

Nocować będziemy na kempingach. Jedziemy z własnymi namiotami, ze sprzętem turystycznym do przygotowywania posiłków. Zabieramy ze sobą prowiant, z którego będziemy, przynajmniej częściowo, te posiłki przygotowywać, bo pieniędzy z oficjalnej wymiany to na zakupy za granicą na miesiąc nie wystarczy. Janek jest nauczycielem w pszczelińskiej szkole, nie jest przewodnikiem, będzie się zajmował tylko sprawami organizacyjnymi. Dla potanienia kosztów jedziemy bez przewodnika. Uczestnicy wycieczki są przecież nauczycielami, więc ich zadaniem będzie samodzielne przygotowanie informacji na temat odwiedzanych miejscowości.

W wyznaczonym dniu, o dziewiątej rano, w Pszczelinie na podwórcu przed szkołą stał już zapakowany autokar. Z tyłu zgromadzono bagaże – namioty, sprzęt kempingowy. Do bagażnika wpakowano walizki i teraz uczestnicy z podręcznymi torbami zajmowali miejsca w jego wnętrzu. Pierwszy wsiadł pan Albert. Umieścił się na ostatnim siedzeniu. Jechał sam, więc miejsce obok niego pozostało niezajęte.

Kiedy autokar ruszył, pilot podał dwa ważne komunikaty. Po pierwsze: żeby było sprawiedliwie i nikt nie czuł się pokrzywdzony, będziemy co dwa dni przesiadać się o jeden rząd do tyłu. Tym sposobem każdy będzie miał szansę przez dwa dni siedzieć na miejscu najlepszym. Po drugie: na kempingach są opłaty od osoby i od namiotu, a więc żeby maksymalnie obniżyć koszty, trzeba się starać używać jak najmniejszej liczby namiotów. Kiedy skończył, odezwał się pan Albert i oznajmił, że on na tym ostatnim siedzeniu będzie jechał do końca wyprawy, i dodał, że jest to miejsce na kole, więc i tak nikomu by nie zależało, żeby je zajmować. Nikt nie protestował, Janek wyraził milczącą zgodę.

Pod wieczór dojeżdżamy na nocleg do Cieszyna, a już następnym rankiem przekraczamy granicę z Czechosłowacją i teraz przed nami kolejne granice. Późnym popołudniem węgierska. Nocleg w Budapeszcie i dalej w kierunku Jugosławii do Belgradu (obecnie stolica Serbii). Tu dzień przerwy na zwiedzenie miasta i rankiem dnia następnego jedziemy do Bułgarii. Jeden dzień w Sofii, a już siódmego dnia podróży granica Grecji.

Z przejazdu przez Bułgarię pozostały mi wspomnienia dwóch drobnych wydarzeń. Na kempingu w Sofii rankiem weszłam pod prysznic i właśnie w momencie, kiedy się namydliłam, zabrakło wody w damskiej łazience. Jakieś dwie bułgarskie turystki donosiły mi wodę w kubeczku. Druga scena też poniekąd toaletowa. Na granicy greckiej oczekujemy na odprawę. Długa kolejka samochodów, udałam się więc spokojnym krokiem w kierunku przydrożnej toalety. U jej wrót zatrzymała się duża czarna limuzyna. Otwarły się drzwiczki. Kierowca, starszy mężczyzna w eleganckim czarnym garniturze i białej koszuli, zaczął powolnie zdejmować z nóg czarne lakierki. Z tylnego siedzenia wydobyła się kobieta, pewnie jego żona, spowita w piękne kolorowe suknie. Była bosa. Włożyła na stopy te jego, mocno za duże pantofle i skierowała się do wnętrza budyneczku. Poszłam za nią. Wnętrze tonęło w brudnej cieczy. No cóż, nie miałam męskich skórzanych półbutów. Przyszło mi zawrócić.

Zmorą tej podróży były przejścia graniczne. Długie wyczekiwania, dokładne sprawdzanie paszportów, przetrząsanie bagaży. Niemal na każdej granicy wystawianie walizek, wynoszenie z autokaru ciężkich worów z namiotami, nawet tych nieużywanych z oszczędności. Poszukiwanie przez straże celne niedozwolonych towarów.

Wreszcie jesteśmy w Grecji. Pierwszy nocleg na nadmorskim kempingu w okolicach Salonik. Namiot rozbity, Miecio szykuje kolację, a ja radośnie ruszyłam na plażę zanurzyć stopy w morzu. Niestety ziemia grecka nie przyjęła mnie zbyt przychylnie. Już w pierwszym kroku nadepnęłam piętą na jeżowca. Ból to był okrutny, a potem długie i mozolne wydłubywanie kolców pęsetką.

Ósmy dzień podróży. Zaczyna się właściwa część wycieczki – Grecja i nadmorska część Jugosławii. W naszej grupie turystycznej wyodrębniły się dwa ugrupowania – turystyczno-handlowe i handlowe. W tych czasach na wycieczkach zagranicznych niemal wszyscy handlowali, ale niektórzy mieli również ambicje turystyczne. Okazało się też, że w tej nauczycielskiej wyprawie znaleźli się ludzie rozmaitych zawodów, a już chyba najmniej było nauczycieli.

Operacje handlowe rozpoczęły się w Grecji i rozwinęły dynamicznie w Jugosławii. W Grecji przede wszystkim kupowano piękne, lekkie futerka. W Jugosławii był popyt chyba na wszystko. Tubylcy przychodzili po zakupy na kempingi. Znikały z autokaru te wory z namiotami. Dowiedziałam się, że były tak ciężkie, bo dla zmylenia celników każdy zawierał dwie sztuki. Znikał sprzęt turystyczny.

Sympatyczna para Ania i Wojtek już nie mają ślicznego stolika i dwóch krzesełek. Udało się też Ani sprzedać kołnierz z rudego lisa. Te lisie futerka to był towar szczególnie zakazany, toteż Ania przewiozła go w ogromnej konspiracji. Mama wręczyła jej na drogę, na przyrządzanie kempingowych posiłków, trzy słoiki z ryżem. W jednym ryżu ukrywał się lis i żeby Ania się nie denerwowała w czasie ewentualnych rewizji bagażu, nie wiedziała, w którym został ukryty.

Ja też miałam swoje sukcesy handlowe. W Grecji sprawdzał się świetnie handel wymienny. W Delfach w niewielkim butiku wymieniłam marny ruski foto-aparat „Smiena” na śliczną granatową sukienkę na wąziutkich ramiączkach ozdobioną subtelnym ornamentem malowanym cienkim pędzelkiem białą farbą. W innym, drogą wymiany, nabyłam bardzo oryginalną czarną bluzkę. Miecio na kempingu w Jugosławii sprzedał elektryczną golarkę, której nawet nie zdążył oczyścić po ostatnim użyciu.

Z programu wycieczki wypadł przejazd na wyspę Rab. W tej sytuacji cały dzień było plażowanie i wyprzedaż pozostałego towaru. Wycieczka dobiegała końca. Jeszcze tylko Rijeka, Lubljana i przez Budapeszt najkrótszą drogą do Polski.
Jola, nauczycielka z Sanoka, niedawno była w Indiach i na tę grecko-jugosłowiańską wyprawę zabrała całą walizkę pięknych kolorowych ubranek. Oglądałam je z zachwytem, kiedy przechadzała się po kempingach wieczorami. Teraz została w jedynych szortach i jakiejś niezbyt atrakcyjnej bluzce, z niewielką torebką i nawet bez walizki.

Ostatniego dnia plażowania pojawił się też na plaży pan Albert. Wyjął z torby trzy duże kapy i zaczął poszukiwać nabywców.

Pan Albert był bardzo specjalnym turystą. Przed przekroczeniem polskiej granicy był jedyną osobą, która nie wymieniała złotówek na dolary. Nie miał namiotu, miał tylko dmuchany materac i śpiwór. Sypiał pod gołym niebem. Przemieszczał się z tym materacem w różne miejsca. Pan Albert był człowiekiem towarzyskim. Chętnie rozpoczynał rozmowy z osobami siedzącymi w pobliżu niego w autokarze. Chętnie umieszczał się ze swoim materacem w pobliżu jakichś dyskutujących grupek. Dotychczas nie interesowały go zajęcia handlowe. Z tymi kapami wyskoczył w ostatnim dniu. W drodze powrotnej, kiedy o północy dotarliśmy do polskiej granicy, chwilę przed kontrolą celną bardzo się ożywił. Starał się rozbawiać nieco zdenerwowanych wycieczkowiczów. Mówił niby żartem: „Ale będzie numer, jak mnie pierwszego wezmą i każą otworzyć walizkę, a ja wywalę wszystko, co tam mam, byle jak napchane”.

No i wezwali go pierwszego, potem wzywali innych i dziwnym zbiegiem okoliczności kazali otwierać walizki tylko tym, co nie wpisali do deklaracji celnej niektórych przywożonych futerek.

* * *

Wycieczka była przepiękna, choć ogromnie męcząca. Nasz autokar to był dość stary grat. Siedzenia może kiedyś były wygodne. Temperatury do 400 , a tu żadnej klimatyzacji. Zamiast oglądać mijane okolice, zapadałam w sen, podobnie jak większość wycieczkowiczów.

Jednak warto było znosić te nadmierne trudy podróży, by w dziewięć dni obejrzeć wszystkie cuda starożytnej Grecji. A potem jeszcze przepiękny Dubrownik, Split, jugosłowiańskie plaże.

Niestety nie mam zdjęć z tej podróży. Kolorowe filmy, słynnej firmy ORWO, po prostu wypłowiały.
Przechowały się tylko bilety do muzeów.