Tego dnia przyjechałam do biura później niż zwykle. Ledwo usiadłam przy biurku, do naszego niewielkiego pokoju weszła pani Michalina. Wtedy jeszcze prawie jej nie znałam. Wiedziałam, że pełni w DHN-ie specjalną rolę. Została jej powierzona przez dyrekcję kontrola wewnętrzna firmy. DHN był firmą inną niż wszystkie działające w tym czasie w naszym kraju, był spółką Polskiej Akademii Nauk. Nie wszystkim ta spółka się podobała, głównie dlatego, że pracowali tu ludzie pełni nowych pomysłów, no i zarabiali znacznie lepiej niż gdzie indziej. Można się więc było każdej chwili spodziewać jakiejś kontroli zewnętrznej. Zadaniem Michaliny było wynajdywanie ewentualnych błędów czy nieprawidłowości w prowadzonych przez DHN transakcjach i natychmiastowe ich korygowanie.

Był koniec listopada, a może już grudzień, dzień raczej ponury, a ona radosna, opalona. Ubrana w elegancki czarny aksamitny żakiecik i czarne, nieco dziwne, aksamitne spodnie. Przyszła po jakieś informacje dotyczące najbliższych planów działu reklamy.

– Gdzie się pani tak pięknie opaliła? – spytałam, żeby rozpocząć rozmowę.

– Właśnie wróciłam z wycieczki statkiem wzdłuż wybrzeży południowej Europy – odpowiedziała wesoło.

– Ależ pani zazdroszczę. Jak się będzie pani znowu wybierała w taką podróż, proszę mnie wziąć ze sobą – powiedziałam i dalej zaczęłyśmy omawiać sprawę, z którą przybyła.

* * *

Minęła zima, wiosna i lato następnego roku, rzadko widywałam Michalinę. Nie miałyśmy żadnych wspólnych spraw. Aż tu wczesną jesienią zadzwonił telefon. W słuchawce odezwała się Michalina.

– W listopadzie wyruszam w rejs statkiem po Morzu Śródziemnym. Gdyby pani chciała, możemy popłynąć razem.

Chciałam. Umówiłam się czym prędzej z Michaliną, by dowiedzieć się szczegółów.

Wyprawę organizował „Harctur”, niby harcerskie biuro podróży. Samolotem do Odessy, dalej radzieckim statkiem pasażerskim około miesiąca, z postojem w portach: Grecja, Włochy, Malta, Egipt, Turcja i z powrotem do Odessy, skąd do Polski samolotem. Bardzo to było interesujące. Na szczęście miałam niewykorzystany urlop. Zapisałam się natychmiast. Michalina udzieliła mi starannych porad, jak się ubrać na podróż zimą do ciepłych krajów, co ewentualnie zabrać do sprzedania, żeby tym sposobem pozbyć się rzeczy zbędnych, no i zdobyć jakiś pieniądz na jakąś kolejną wycieczkę, i że bardzo się przydaje szeroka spódnica z dużymi kieszeniami.

Wyruszyłyśmy w połowie listopada. Już w samolocie dowiedziałyśmy się, że powrót do Polski będzie pociągiem, bo Aerofłot wycofał się z poprzednich uzgodnień. Drugi komunikat dotyczył możliwości uczestnictwa w autokarowych wycieczkach organizowanych w portach, w których będziemy się zatrzymywać. Wycieczki te będą fakultatywne, osobno płatne w dolarach. Zapisy na nie będą przyjmowane w czasie rejsu. W trzecim komunikacie przypomniano o obowiązkowej wymianie ustalonej ilości złotówek na ruble, które to ruble turysta będzie mógł wykorzystać na zakupy w czasie rejsu. No i jeszcze na zakończenie przypomniano, że do Odessy przylatujemy rano. Bagaże zostaną przewiezione do portu, a turyści mają dzień cały na zwiedzanie Odessy. Zaokrętowanie nastąpi przed wieczorem i na statku będzie kolacja. Wyżywienie w ciągu dnia we własnym zakresie.

Wszystkie te komunikaty były raczej zaskoczeniem, ale i tak już nikt nie miał szansy wycofania się z wycieczki, gdyby mu to zupełnie nie odpowiadało.

W Odessie pogoda marna. Chmurno i wilgotno. Samodzielne wyżywienie było pod dużym znakiem zapytania. W sklepach pustki. W warzywnym jakieś mocno zmarnowane owoce. Nie widać żadnych kawiarenek, barów czy restauracji.

Wreszcie dotarłyśmy do portu. Odbieramy bagaże. Organizatorzy rozdają klucze do kabin. Nasza jest na dolnym pokładzie, czteroosobowa. To znaczy są dwa łóżka piętrowe. Przydzielono do nas jedną pasażerkę. Aniela, wdowa w wieku powyżej średnim, jest farmaceutką. Jedzie sama. To jej pierwsza w życiu zagraniczna wycieczka. Zafundowała ją jej córka. Córka tuż przed stanem wojennym wyjechała do Włoch i już tam została na zawsze. Nie widziały się od tej pory. Ona tam wyszła za mąż i pracuje, i przysłała jej te pieniądze na wycieczkę.

Tuż po kolacji organizatorzy wymieniają złotówki na obowiązkowe ruble. I tu kolejne zaskoczenie. Zamiast pieniędzy otrzymujemy karteczki wielkości wizytówki, wycięte z papieru w kratkę, opatrzone pieczątką, z wypisanymi na nich atramentem nominałami. Jasne się stało od razu, że ten rodzaj waluty będzie kursował tylko na statku. Można go będzie wydać w barku albo w sklepiku. Już następnego poranka zaraz po śniadaniu poszłyśmy z Michaliną zobaczyć, jakież to wspaniałości oferuje sklepik. Zastałyśmy tu niemal puste półki. Sklepikarz wyjaśnił, że wszystko wykupił poprzedni turnus. Były tylko budziki i drobne figurynki w ludowym stylu. Kupiłyśmy po budziku i jeszcze dokupiłam małego konika pomalowanego na czarno, przyozdobionego kolorowymi kropkami. Nie przetrwał przeprowadzki. Z tymi zakupami poszłyśmy do baru. W barze półki uginały się od wytwornych alkoholi i można też było kupić kawę cappuccino, ale za te papierkowe pieniądze było tylko cappuccino i zwykła czysta wódka. Pozostałe trunki sprzedawano wyłącznie za dolary. Nigdy w życiu nie wypiłam takich ilości kawy co na tym rejsie, no bo w wódce nie gustuję, a niewydanie papierków w kratkę byłoby podarunkiem dla oszustów.

Ten nasz statek o imieniu „Baszkiria” niestety nie był zbyt ekskluzywną jednostką. Nikt tu z obsługi nie przemęczał się za bardzo sprzątaniem, w kabinach pojawiały się nawet karaluchy. Wyżywienie było bardzo byle jakie. Jedyną rozrywką przygotowaną przez organizatorów był wieczorek powitalny, kolacja, na którą zaproponowano przybycie w przebraniach, połączona z konkursem na najlepszy strój. Konkurs wygrał starszy, siwy, mocno rozrywkowy pan, podróżujący z dwoma atrakcyjnymi młodymi damami. Przyszedł odziany w związane na ramieniu prześcieradło. Jak opowiadano, głównym zadaniem jego towarzyszek podróży była pomoc w transporcie do kraju planowanych przez niego zakupów limitowanych towarów. Każda mogła bez problemu przywieźć z Grecji dwa futerka.

Wkrótce zorientowałyśmy się, że zdecydowana większość uczestników tego rejsu, oprócz rozrywki w barku, miała niemal wyłącznie plany handlowe. Osobą najbardziej przedsiębiorczą była wysoka blondyna. Michalina – świetna obserwatorka – ochrzciła ją mianem „Gofrownica” ze względu na jej starannie opracowaną fryzurę – włosy długie do ramion, dokładnie ufryzowane w sztywne fale. Gofrownica, podróżująca z koleżanką, chyba jeszcze w samolocie, wypatrzyła podróżującego samotnie młodego mężczyznę dość potężnej budowy. Zaprzyjaźniła się z nim naprędce i teraz on zajmował się przenoszeniem jej paczek z zakupami.

Jak się okazało, płynący z nami przedstawiciele organizatora rejsu – młody chłopak i dwie młode dziewczyny – nie zostali wyposażeni choćby w jedną mapę dotyczącą odwiedzanych wysp czy miejscowości. Byli jedynie świetnie zorientowani, na własny użytek, w możliwościach handlowych.  

Pierwszym portem był Pireus, przypłynęliśmy po południu, odpływamy pojutrze przed wieczorem. Michalina już tu była w czasie poprzedniej wycieczki, znała więc tutejsze obyczaje. Wyjście ze statku to przekroczenie granicy, więc kontrola paszportowa i celna. Sprawdzają, czy się nie wynosi towarów na handel. Przed wejściem do portu stoi dużo taksówek. Czekają na pasażerów chcących dojechać do Aten. Michalina szybko otwiera drzwiczki do stojącej najbliżej, wiedziała, że ci taksówkarze dowożą za darmo do sklepów futrzarskich i tak można bezgotówkowo dojechać do centrum Aten. W sklepie futrzarskim oglądamy futerka i idziemy na spacer po ciemnych już ulicach.

Następnego dnia zwiedzamy Ateny i decyduję się kupić leciutkie futerko z szakali. Przedpołudniem dnia trzeciego spacerujemy po Pireusie. Na targu wszystko dla nas zbyt drogie, więc zadowalamy się próbowaniem migdałów. Na skwerze rosną mandarynki, pod drzewami na trawie leżą piękne owocki. Właśnie miałyśmy ich trochę nazbierać, kiedy pojawił się jakiś mężczyzna z psem. Podnosił te mandarynki i rzucał nimi, a pies radośnie je aportował. Odeszła nam ochota na zbieranie tych ślicznych owocków.

Kolejnym etapem naszego rejsu była Kreta. Statek wyruszył w drogę.