Dzień w Chinach budzi się chyba o piątej rano.

Wstajemy o 5.30 i pospiesznie udajemy się do parku plątaniną wąskich uliczek wijących się wśród małych domków. O tej porze jest jeszcze bardzo mały ruch. Na bazarku przekupnie rozkładają warzywa, owoce, mięso, produkują ogromne placki krojone specjalną machiną na makaroniki.

Wstęp do parku kosztuje 0,5 juana. A w parku wśród drzew i ozdobnych kamieni jest pełno ludzi. W grupach i indywidualnie, starzy i młodzi wykonują różne skomplikowane ruchy, ćwiczenia rozciągające, kondycyjne. Wykonują układy tai chi, ciągi z mieczem, ciągi z wachlarzem.

Dołączam do grupy ćwiczącej pod kierunkiem głośno krzyczącego instruktora. Wprawdzie nie rozumiem wydawanych przez niego poleceń, ale naśladuję jego precyzyjnie pokazywane ruchy.

Te zajęcia gimnastyczne w parku trwają od 6.00 do7.00 i kończą się głośnym krzykiem. – Aaaaa!!! – krzyczą wszyscy i radośnie wyruszają do swoich codziennych zajęć.

Teraz jest już czas na śniadanie. Siedzą przed domami na stopniach, przy wystawionych na ulicę stołach, w małych restauracyjkach. Jedzą pierogi, naleśniki, bułeczki nadziewane mięsem albo jakąś zieleniną, placki z sojową marmoladą, placki z jajecznicą…

Kupujemy na bazarku bułeczki z zielonym nadzieniem, jak mówiła Elcia, „z trawą”. Na bazarku pertraktacje finansowe uzgadniało się na palcach. Specjalne układy palców oznaczają rożne cyfry. Elcia miała doskonale opanowane te umiejętności rachunkowe.

Tych z mięsem nie kupowałyśmy, bo nie wiadomo zupełnie, jakim mięsem są one nadziewane. W Chinach, obok „normalnych”, jada się mięso małych ptaków, psów i chyba też kotów.

Dwa lata temu Elcia uratowała życie jednego niewielkiego pieska. Odkupiła go pod restauracją od człowieka, który przyniósł go do sprzedania właśnie do celów konsumpcyjnych. Pieska przemyciła do Polski w torbie na ramię. Czungo – takie otrzymał imię, całą tę podróż odbył w absolutnej ciszy, wiedząc zapewne, że tylko to pozwoli mu pozostać przy życiu. Wyrósł potem na dość dużego, bardzo sympatycznego psa i na wszelki wypadek bardzo rzadko szczekał.

Około godziny 8.00 znikają z ulicy wózki z żywnością, by pojawić się ponownie około 11.00. Od 11.00 do 13.00 jest pora lanczu. Znów sprzedają placki i naleśniki, ale też rozliczne gorące dania mięsne i jarzynowe, a do tego ryż. Takie wózki z jedzeniem pojawiają w porze lanczu na podwórzu Instytutu Akupunktury. Za 5 juanów otrzymuje się dwa styropianowe pojemniczki. W jednym ryż, a w drugim dodatki z wskazywanych palcem pojemników na wózku sprzedawcy. Do tego jednorazowe drewniane pałeczki.

O 13.00 znowu znikną wózki z jedzeniem i zamkną się restauracyjki. Otworzą się dopiero o 18.00. Wtedy zbiorą się tu całe rodziny czy grupy znajomych. Zasiądą przy stołach, w które wpuszczone są woki. Ogień z butli gazowej podgrzewa tłuszcz. W woku smaży się mięso, duszą się jarzyny. Pije się zieloną herbatę lub piwo. Zapalają się czerwone lampiony. Przy ich świetle restauracyjni goście grają w karty lub inne gry.

Czas między śniadaniem a lanczem Elcia wykorzystywała na spotkania z profesorem, specjalistą od diagnostyki z pulsu i języka. Poszerzała swoją wiedzę i umiejętności. Ja w tym czasie spacerowałam po uliczkach w pobliżu instytutu, obserwując życie mieszkańców. Nie oddalałam się zbytnio, bo uliczki były do siebie bardzo podobne, można się było tu zagubić i już nie odnaleźć powrotnej drogi. Przemykanie się tymi wąskimi uliczkami jest niezmiernie trudne – tłumy rowerzystów, riksze, wózki, samochody. Przechodzenie przez jezdnię graniczy z bohaterstwem. Wszystkie pojazdy są ważniejsze od pieszego.

Instytut Akupunktury znajdował się w starej dzielnicy Pekinu. Małe domki, nieskanalizowane, przeraźliwie zagracone podwórka. Dopiero niedawno wybudowano tu publiczne toalety – długi budyneczek, a w nim kabiny bez drzwi. Całe życie mieszkańców tych małych domków toczy się właściwie na ulicy. Tu siedzą, jedzą, rozmawiają, obierają jarzyny, grają w ping-ponga na stole rozstawionym niemal na jezdni. Tu właściwie nie ma chodników. Chodniki są tylko na dużych ulicach, wykładane starannie kolorową terakotą – czerwoną, zieloną, białą.

Czas popołudniowy – między lanczem i kolacją spędzamy, spacerując po mieście. Elcia pokazuje mi Pekin – świątynie, parki, Zakazane Miasto, plac Tian’anmen, uliczka najtańszych sklepów, targ staroci, targ jedwabny…

Jeździmy metrem lub taksówkami. Elcia ma specjalną karteczkę z wypisanymi w chińskich znakach najważniejszymi poleceniami dla taksówkarza, a obok każdego z tych zdań zapisy w tak zwanym pinyinie, czyli w literach łacińskich (żeby można było to przeczytać), i po polsku (żeby było wiadomo, co to znaczy).

Tak wyglądał Pekin przed dwudziestu dwu laty. Teraz, o ile wiem, znikły już te dawne uliczki. Jeszcze przed pekińską olimpiadą na ich miejsce wznoszono nowe domy.