Któregoś styczniowego wieczoru w pierwszym roku nowego milenium {2001] zadzwoniła do mnie Elcia z informacją, że ma pewien pomysł i dla mnie interesującą propozycję. Umówiłyśmy się na spotkanie.

Elcia, czyli lekarz medycyny Elżbieta Rybińska, moja dawna, wielce zaprzyjaźniona sąsiadka z domu przy ulicy Kopernika. Elcia ukończyła medycynę ze specjalnością psychiatria. Pracowała jakiś czas w szpitalu, ale później zainteresowała ją chińska medycyna i akupunktura. Rozpoczęła pracę w Centrum Akupunktury w Warszawie, była asystentką legendy polskiej akupunktury, profesora Garnuszewskiego. W 1993 profesor skierował ją na stypendium ONZ do Instytutu Tradycyjnej  Medycyny Chińskiej w Changsha. Tu doskonaliła swoje umiejętności praktyczne i rozszerzała przygotowanie teoretyczne.

Na nasze spotkanie przyszła z wielkim rulonem, w którym były przywiezione z Chin cztery mapy punktów akupunktury. Trzy z nich to sylwetka mężczyzny przodem, tyłem i bokiem, z naniesionymi liniami meridianów, a na nich zaznaczone punkty o specjalnej przewodności energetycznej znajdujące się na ciele człowieka. Na czwartej mapie było ucho, gdzie zaznaczono około stu takich punktów.

Meridiany to według medycyny chińskiej kanały, którymi w ciele człowieka przepływa energia Qi, docierając do wszystkich organów. W myśl tej teorii każdy meridian reguluje pracę określonego organu, a wszystkie są ze sobą połączone. Dobry stan zdrowia, zdaniem Chińczyków, zależy od harmonii przepływu energii w całym systemie. Zablokowanie przepływu energii w którymś z meridianów lub jej nieproporcjonalny przepływ może doprowadzić do choroby połączonego z nim organu.

Akupunktura jest rodzajem terapii mającej na celu likwidację blokad przepływu energii. Punkty zaznaczone na meridianach to miejsca, których stymulacja może te blokady zniwelować. To właśnie w te punkty lekarz biegły w akupunkturze wbija igiełki. Każdy z tych punktów ma swoją chińską nazwę i numer.

Pomysł był, żeby przygotować mapy takie jak chińskie, ale oprócz nazw chińskich wprowadzić nazwy polskie i dodać do map książeczkę z opisami, jak te punkty odnajdować na ciele pacjenta. Elcia opracuje wszystko merytorycznie, a ja miałabym wykonać owe mapy graficznie i przygotować książeczkę do druku. Już przed laty, ucząc się punktów akupunktury,  marzyła o zrobienia takich map bardziej dostępnych dla Europejczyków. Teraz właśnie postanowiła zrealizować to marzenie.

Bardzo mi się ten pomysł podobał. O akupunkturze wiedziałam już sporo, bo parę lat wcześniej dla czasopisma „Kulisy” robiłam wywiad z Jackiem Głażewskim – jednym z pierwszych lekarzy w Polsce zajmujących się akupunkturą. Mapy rysowałabym w programie CorelDraw, który już miałam świetnie opanowany, prowadziłam nawet jakiś czas wcześniej kurs na ten temat.

Wzięłyśmy się więc energicznie do pracy. Trzeba było wymyślić, jak narysować te mapy, żeby nie być oskarżonym o plagiat.

Na chińskich mapach człowiek był w jasnobrązowym kolorze, a linie meridianów ciemnobrązowe i różniły się tylko rodzajem zastosowanej kreski: ciągła, przerywana, kreska, kropka itd. Po naradzie zdecydowałyśmy, że na naszych mapach sylwetka człowieka i ucho będą w odcieniach szarości, a meridiany zaznaczę ciągłymi kolorowymi liniami. Każdy meridian otrzyma własny kolor, co ułatwi ich rozpoznawanie.

Prace nad mapami i książeczką zajęły nam trzy miesiące.

Gotowe mapy zostały próbnie wydrukowane na ploterze. Prezentowały się pięknie. Dużo lepiej od pierwowzoru. Pokazałam je mojemu bratu. Obejrzał je starannie i doradził, żeby nim skieruje się je do drukarni, zaprezentować to nasze dzieło w Instytucie Akupunktury w Pekinie i uzyskać ich opinię. Zapadła więc decyzja: jedziemy do Pekinu. Elcia zajmie się załatwianiem dla nas zaproszenia pekińskiego Instytutu. Potem załatwienie wiz i biletów na samolot.

24 maja samolotem szwajcarskich linii wylatujemy do Pekinu i już następnego poranka rozpoczynała się nasza chińska przygoda.

Wszystko było starannie zaplanowane. W Pekinie będziemy 8 dni i zamieszkamy w hoteliku dla lekarzy przyjeżdżających na nauki do Instytutu Akupunktury. Na lotnisko przyjedzie po nas instytutowy busik z tłumaczką. Mapy zostaną złożone do oceny u dyrektorki Instytutu i ona przedstawi je rzeczoznawcom.

W Pekinie wylądowałyśmy o szóstej rano. Oczekujemy na odbiór bagaży. Przyjeżdża moja walizka z wyciągniętą i niedającą się już schować rączką. Elcia mówi, że tego mi tu nie uwzględnią. Powiedziałam, że lepiej mieć walizkę uszkodzoną, niż nie mieć jej wcale, i jakbym wykrakała. Wszystkie walizki odebrane, a Elcinej nie ma.

Elcia wzywa kogoś z obsługi lotniska, a mnie wysyła, żebym o zaistniałej sytuacji zawiadomiła oczekującą na nas osobę. Przy wyjściu spotykam tłumaczkę. Stoi z jakimś mężczyzną. On też przyleciał z Zurychu – lekarz, pół Rumun, pół Serb. Wyjaśniam, co się stało. Oczekiwanie się przeciąga, rozwija się konwersacja. Tłumaczka rozmawia ze mną po polsku, a z tym mężczyzną po francusku.

Wreszcie wychodzi Elcia. Jej walizka odleciała dalej tym naszym samolotem. Jak wróci, to dostarczą do hotelu. W ramach rekompensaty może sobie kupić coś niezbędnego za 10 dolarów.

Jedziemy piękną autostradą, lotnisko oddalone jest od miasta. Wreszcie Pekin, mijamy duże, nowo zbudowane domy. Wjeżdżamy w wąskie, małe uliczki. Maleńkie domki, zielone drzewa, ludzie przed domami, stare rowery. Instytut stoi w starej dzielnicy.

W Instytucie wita nas pani dyrektor. Zamieszkamy we dwie w trzyosobowym pokoju. Potani to nasze koszty. Po zakwaterowaniu idziemy na pierwszą rozmowę. Pani Wang jest podejrzliwa, wypytuje nas o wszystko. Jest telefon, że walizka wraca z Hongkongu i będzie o 14.00.

Wyruszamy w miasto. Jest gorąco, a w powietrzu unosi się suchy pył. W najbliższym napotkanym sklepiku kupujemy wachlarze. Z wachlarzem dużo łatwiej znosić to gorąco.

Idziemy do Świątyni Lamajskiej, inaczej Świątynia Harmonii i Pokoju. To największa świątynia w Pekinie. Budowlę wzniósł w 1694 roku cesarz Kangxi i była rezydencją jego czwartego syna, Yongzhenga, przyszłego cesarza. Po wstąpieniu Yongzhenga na tron w 1722 roku jej część zajął klasztor buddyjski. Trzy lata później pozostała część pałacowa spłonęła.

Od 1949 roku budowlę uznano za chroniony zabytek historyczny. Dzięki staraniom premiera Zhou Enlaia przetrwała w stanie nienaruszonym czasy rewolucji kulturalnej.

Świątynia zachwyca swoją wspaniałością. Wchodzimy na kolejne podwórca, a na nich kolejne pawilony. W ich wnętrzach złocone posągi Buddy, przed każdym Buddą klęczniki. Bije się rytualne pokłony. Złożone ręce na czole, na ustach, na sercu i trzy skłony do ziemi. Potem składa się w ofierze kadzidełka.

Na podwórcach pojemniki z gorącym popiołem. Tu wstawia się zapalone kadzidełka. Dymy kadzideł wznoszą się ku niebu. My też kupiłyśmy kadzidełka i nasze też zapłonęły.

Pawilonów jest pięć: Pawilon Niebiańskich Królów, Pawilon Harmonii i Pokoju, Pawilon Nieskończonych Łask, Pawilon Koła Dharmy oraz Pawilon Wiecznej Szczęśliwości. W ostatnim największy posąg Buddy wyrzeźbiony z jednego pnia sandałowca o wysokości 18 metrów nad ziemią i 8 metrów wkopany pod ziemię (łącznej długości 26 m).

W powrotnej drodze kupujemy dla Elci sukieneczkę za te 10 dolarów, które mają zwrócić.

Walizka przyjechała. Pieniądze oddadzą na lotnisku.

Po południu pojechałyśmy metrem do centrum, do biura wymiany pieniędzy. Potem przeszłyśmy przez jedwabny targ, oglądając sterty kolorowych szmatek. Kupiłam dwie śliczne bluzeczki po 20 juanów, czyli po 10 złotych. Targ zamyka się o zmroku, więc wróciłyśmy do hotelu.

Jutro jest niedziela. Pojedziemy na Chiński Mur. Instytut organizuje wycieczki za 100 dolarów. Elcia była już w Pekinie parę razy, więc nieźle orientowała się w mieście. Zdecydowała, że pojedziemy same autobusem, będzie o wiele taniej.

Szybko minął, pełen wrażeń, pierwszy dzień w Pekinie.