Zbliża się koniec naszej indonezyjskiej wyprawy. Za parę dni odlot do domu. A tu Hanka przychodzi z informacją, że można by jeszcze obejrzeć tańczące delfiny. Dowiedziała się, że jest to piękne widowisko, które można zobaczyć po drugiej stronie wyspy, o szóstej rano. Żeby tam dotrzeć z Nusa Dua, trzeba wyjechać najpóźniej o czwartej. Niestety nasz touroperator nie chce zorganizować takiej wycieczki, bo teraz jest pora deszczowa i podróż nocą jest niebezpieczna. Ustaliłyśmy, że tylko Majka może załatwić to z kierownikiem hotelu.

Powędrowała więc Majka porozmawiać. Kierownik hotelu, nie zastanawiając się nad bezpieczeństwem, powiedział, że może załatwić busik dla ośmiu pasażerów. Więc następnego dnia wyruszamy: Hanka, Alina, Magda z mężem Andrzejem, jeszcze ktoś, kogo nie pamiętam, Majka i ja.

W środkowej części wyspy padał deszcz i droga być może była niebezpieczna, ale szczęśliwie całą przespałam. Poranek był chmurny, od rybaków wynajęliśmy dwie łodzie z wioślarzem. Na jednej Magda z Andrzejem, Majka i ja. Na drugiej pozostałe osoby.

Łodzie były długie i wąskie, siedziało się pojedynczo na wąskich ławeczkach. Wypłynęliśmy w morze, wiał niezbyt silny wiatr. Fale były dość duże. Niestety delfinów nie było. Widocznie ta dość smętna aura nie zachęcała ich do tańca, ale warto było chociaż popływać taką łódką.

Kierowca naszego busa zaproponował, że zamiast od razu wracać do Nusa Dua, możemy jadąc dłuższą drogą, zatrzymać się w zatoce Amuk. Z zatoki tej można łodzią dopłynąć do wysepek koralowych i można tam podziwiać koralowe lasy i cudowny podwodny świat.

Wszyscy byliśmy zachwyceni tą propozycją. Po drodze zatrzymaliśmy się na lancz w jakiejś przydrożnej niby-gospodzie. Pod gołym niebem stał długi stół, a przy nim ławy. Zamówienia składało się u barmana. Można było zamówić jakieś danie z ryżem i jajkiem oraz zupę. Ja zamówiłam zupę, bo wyobrażałam sobie, że to będzie zaraz podane. Pozostali zamówili to ryżowe danie. Oprócz nas nie było tam żadnych gości. Zasiedliśmy na ławach. Barman i pomagająca mu dziewczyna zajęli się nieśpiesznie przygotowywaniem zamówionych potraw. Jak się okazało, moja zupa pojawiła się, jak już wszyscy pozjadali swoje ryżowe dania i na dodatek nie za bardzo zupę przypominała. Była to po prostu ciecz, w której pływały ugotowane zielone listki. Widok tej mojej zupy bardzo rozbawił całe towarzystwo, ale już szkoda było czasu, żebym zmieniała zamówienie.

Na przystani w zatoce Amuk wypożyczyliśmy łódź motorową oraz sprzęt do nurkowania: płetwy, maseczki i rurki do oddychania. Podróż łodzią nie była długa. Nasz młody, wysportowany przewoźnik opowiedział nam, że najbliższe 10 metrów od brzegu jest bardzo płytko i pływają tu niewielkie kolorowe rybki. Dalej zaczyna się głębia. Skała stromo schodzi w dół do głębokości 40 metrów. I właśnie nurkując przy tej schodzącej w głąb skale, są najpiękniejsze widoki. Dodał jeszcze, że jeżeli ktoś ma jakieś problemy z użyciem wypożyczonego sprzętu, to on pomoże.

Problemów nie miałam nijakich, ale przy moim lęku głębokości, mimo umiejętności pływania, nawet nie starałam się zbliżyć do tej głębiny. Pływałam spokojnie po tej płytkiej wodzie. Nasz przewoźnik poinstruował Majkę, jak zakładać maseczkę, pomógł w czymś Andrzejowi i zbliżył się do mnie. Widząc, że wprawdzie umiem posługiwać się sprzętem, ale tylko pływam na tej płyciźnie, wziął mnie zdecydowanie za rękę, pociągnął dalej i ku mojemu przerażeniu wypłynęliśmy na głębinę. Myślałam, że umrę ze strachu, ale świat, który pojawił mi się przed oczami, był cudowny. Kolorowe ukwiały przyczepione do skał, kolorowe rybki, jakieś przepiękne zielone rośliny, w przezroczystej wodzie prześwietlonej promieniami słońca.

Ostatni odcinek tej naszej wycieczki to jeszcze jedna świątynia na brzegu morza wśród rozwianych wiatrem palm, w pomarańczowym świetle zachodzącego słońca. I jeszcze posągi dwóch bogów odzianych w kraciaste sarongi. Szczególnie piękny był jeden z nich we wspaniałym nakryciu głowy, dzierżący w dłoni misterną szkatułkę. Odjechaliśmy do Nusa Dua w szybko zapadających ciemnościach. Piękna była ta nasza ostatnia wycieczka.

Dwa dni później jechałyśmy z Majką na lotnisko do Denpasar, by odlecieć do Warszawy. Lot był z dwoma przesiadkami. W Kuala Lumpur z sześciogodzinną przerwą w podróży i z czterogodzinną przerwą w Londynie. Tego dnia tylko my wracałyśmy do domu. Parę osób z naszej grupy odleciało już przed tygodniem, a nieliczna grupka jeszcze została trochę dłużej.

W Kuala Lumpur znalazłyśmy się już znacznie po południu. Postanowiłyśmy czas oczekiwania na odlot wypełnić obejrzeniem stolicy Malezji, skoro się w niej znalazłyśmy. Miasto jest oddalone około 60 kilometrów od lotniska. Wynajęłyśmy taksówkę.

Zbliżał się wieczór. Do miasta przyjechałyśmy już po 19. Szybko zaczęło robić się ciemno. Z okien taksówki w zapadającym zmroku oglądałyśmy chińską dzielnicę. Rozbłysły latarnie. Pięknie wyglądały rzęsiście oświetlone rządowe budynki. Oświetlona też była najbardziej znana na świecie budowla, będąca symbolem miasta Petronas Twin Towers – dwie bliźniacze wieże wysokości 452 metrów, połączone mostkiem na 41 piętrze. W owym czasie największa budowla na świecie (do 2004). Twin Towers jest własnością i symbolem Petronas, państwowej malezyjskiej firmy zajmującej się przemysłem naftowym, gazowym i energetyką.

Atrakcją turystyczną Kuala Lumpur jest taras widokowy na szczycie wieżowca Twin Towers. Niestety już było zbyt późno na oglądanie widoków, więc jedynie po wyjściu z taksówki pospacerowałyśmy chwilę u stóp tego 88-piętrowego wieżowca (w tym 5 pięter pod ziemią). Niestety z Kuala Lumpur mam zaledwie 3 marne fotki zrobione przez okno taksówki. Foto słynnego wieżowca dołączam z internetu.