Był chyba koniec września 2000. Zadzwoniłam do Janeczki, mojej wielce zaprzyjaźnionej sąsiadki, po jakąś poradę kulinarną. Wśród tej kulinarnej konwersacji Janeczka zapytała: „A może chciałabyś pojechać na Bali?”. To niespodziewane pytanie wprawdzie mnie zaskoczyło, ale bez zastanowienia odpowiedziałam: „Chciałabym”. „No to zadzwoń do Majki, podam ci jej telefon” − ciągnęła dalej Janeczka i po chwili podyktowała ten telefon. Po czym powróciłyśmy do rozpoczętej poprzednio rozmowy.

Właściwie nic nie wiedziałam o wyspie Bali. Nie znałam też Majki, ale skoro już zapisałam telefon, postanowiłam zadzwonić. Majka po wysłuchaniu powodu, dla którego do niej dzwonię, powiedziała: „No to przyjdź do mnie”. Jak się okazało, mieszkała na sąsiedniej ulicy. Więc poszłam.

Majka uwielbiała podróże i od dawna marzyła o wyjeździe na Bali i teraz poszukuje osoby, z którą mogłaby zamieszkać w jednym pokoju. Wyspę znała z opowieści męża, który, nim się poznali, mieszkał tam prawie rok. Informację o wycieczce chyba wyczytała w gazecie.

Ewa, niepracująca już w zawodzie lekarz neurolog, organizowała prywatną, szesnastoosobową grupę. Wyjazd w listopadzie. Bilety przez nią zarezerwowane kupuje każdy samodzielnie. Ona organizuje hotel ze śniadaniem i miejscowego touroperatora, z którym będziemy zwiedzać wyspę. Ewa już w ubiegłym roku korzystała z jego usług i była bardzo zadowolona. Czas pobytu około miesiąca. Grupa z Warszawy wylatuje wspólnie, a powroty będą w różnych terminach. Ja wracałabym z Majką właśnie po miesiącu. Przed wyjazdem należy zaszczepić się na malarię.

Bardzo mi się spodobała ta niespodziewana propozycja wyjazdu do egzotycznej krainy. Majkę polubiłam od pierwszego wejrzenia. Ona też zaakceptowała mnie jako towarzyszkę wspólnej wyprawy.

Pomyślałam, że przed tą podrożą warto by dowiedzieć się czegoś o Indonezji. Nie było to jednak proste. Nie było jeszcze internetu ani przewodników w księgarniach. Janeczka miała koleżankę mieszkającą kilka lat w Indonezji, więc zorganizowała dla nas spotkanie z Bożenką, by uzyskać trochę porad.

Ósmego listopada 8:10 odlatujemy do Frankfurtu. Tu przerwa dwie godziny. O 14 z minutami odlot do Kuala Lumpur. W Kuala Lumpur jesteśmy o 10 rano. Tu znowu przerwa prawie 3 godziny. Snujemy się po niezbyt atrakcyjnym lotnisku. Ostatni odcinek podróży samolotowej z Kuala Lumpur do Denpasar to jeszcze 3 godziny i wreszcie jesteśmy na Bali. Przed lotniskiem czeka na nas autokar, którym dojedziemy do hotelu w Nusa Dua. Z autokaru wychodzi mały, uśmiechnięty człowiek w koszuli w pepitkę i gestem zaprasza do środka. To nasz touroperator.

W Nusa Dua nad bramką wiodącą na teren hotelu wita nas transparent. Z niewielkiego budynku hotelowego biura i recepcji wychodzi powitać nas cały też radośnie uśmiechnięty personel. Zostawiamy bagaże i idziemy przez piękny ogród do restauracji. Tu odbywa się oficjalne powitanie przybyłych gości. Dwie pięknie ubrane dziewczyny w wieńcach na głowie wpinają wszystkim kwiaty we włosy, częstują pysznym owocowym drinkiem i wykonują powitalny taniec.

Otrzymujemy klucze do pokoi. Część naszej grupy zdążyła już rozejrzeć się wkoło i od razu zaczęła się awantura. A to za mały basen, a to za mała plaża i zły dostęp do morza. No cóż, tego się nie zmieni. Na szczęście Majce i mnie to wcale nie przeszkadza. Nie przyjechałam nad morze, żeby siedzieć przez miesiąc na plaży w jednym miejscu i moczyć się w słodkowodnym basenie.

Ten nasz hotel to rozsiane w ogrodach niewielkie bungalowy. W każdym są dwa pokoje z osobnym wejściem tak ustawionym, że wychodząc, nie spotyka się sąsiada zza ściany.

Pokój jest duży z podłogą z białej terakoty. Sufit pokrywa pleciona, trzcinowa mata. W rogu szafa, pod oknem stolik i dwa wiklinowe foteliki. Pięknie wyglądają łóżka osłonięte misternie upiętą, białą falbaniastą moskitierą i na każdym łóżku ułożony czerwony kwiat z zieloną gałązką. Najbardziej egzotyczna jest łazienka, znajduje się tu dość obszerny basen. Łazienka tylko częściowo osłonięta jest daszkiem, fragment podłogi zastępują kamyki i jakieś rośliny. Część niezadaszona otoczona murkiem z zasiekiem z kolczastego drutu. Przez ten murek i druty zaglądają do środka rosnące na zewnątrz rośliny. Odwiedzać też mogą naszą łazienkę różne niewielkie stworzonka, czasem wpadają do basenu.

Po rozpakowaniu bagaży położyłyśmy się na chwilę, żeby odpocząć po trudach podróży, i na szczęście udało nam się obudzić na kolację przed zamknięciem restauracji.

Następnego poranka rozpoczął się nasz pierwszy dzień indonezyjskich wakacji.

Rano śniadanie w hotelowej restauracji. Ta restauracja to właściwie duża altana – trzcinowy dach oparty na drewnianej konstrukcji, a na tej zadaszonej przestrzeni stoliki, krzesełka i bufet, za którym stoi barman i kucharz w jednej osobie. Na śniadania podawane są: rogaliki, jajecznica, mięso z rusztu, owoce, kawa, herbata, soki.

Po śniadaniu wyruszamy obejrzeć miasteczko. Idąc ulicą pełną samochodów, mijamy wytworne hotele, niewielkie sklepiki, trafiamy na bazarek, a na nim piękne kolorowe szmatki – chusty, sarongi, suknie i spódnice o bardzo prostym kroju zachwycające barwą wykonane z bawełny farbowanej metodą batiku. Na bazarku nie ma właściwie kupujących. Sprzedawczynie radośnie zachęcają do obejrzenia proponowanych towarów.

Po południu wracamy do hotelu. Majka idzie do pokoju odpocząć, ja przechadzam się po ogrodzie. Piękny jest ten hotelowy ogród, bardzo zadbany, pełen kolorowych kwiatów, ze strzyżonymi ręcznie trawnikami. Potem z książką w ręku układam się w cieniu palmy na jednej z drewnianych leżanek. Po chwili pojawia się obok mnie młoda, dość duża kobieta. Proponuje masaż. Mówi, że właśnie jest hotelową masażystką. Uznałam, że taki masaż po trudach pod róży i spacerach po mieście to świetny sposób wypoczynku. Masaż był przyjemny, masażystka jednak nie bardzo mi się podobała. Coś w niej było nie tak.

Dnia następnego, idąc brzegiem morza z którąś z wycieczkowych koleżanek, napotkałyśmy idącą naprzeciw nam drobną, niewielką kobietę. Podeszła do nas i delikatnie się uśmiechając, powiedziała cichym głosem: „gut masaż, madam, gut masaż” i zaproponowała, że może zaprezentować swoje umiejętności za darmo, teraz, na rozłożonej na piasku chuście, a jutro będzie miała swoje stanowisko masażowe rozstawione w pobliskich krzakach, i wskazała na nie ręką. Wyglądała sympatycznie, więc umówiłam się z nią na jutro.

Kiedy jutrzejszego dnia tuż po śniadaniu wyruszyłam w poszukiwaniu tej nowo poznanej masażystki, zauważyłam, że kilka kroków za mną podąża masażystka hotelowa. Szłam wolno, jakby jej nie zauważając. W miejscu wczoraj wskazanym trochę dalej od drogi zobaczyłam kątem oka to stanowisko masażowe i leżącą na łóżku klientkę, poszłam kawałek dalej, nie odwracając głowy. Przystanęłam przy jakimś drzewie, jakby je oglądając, i spojrzałam do tyłu. Właśnie hotelowa masażystka skręciła do „plenerowego gabinetu”. Usiadłam na brzegu morza i poczekałam, aż ona stamtąd wróci i aż oddali się klientka. Wtedy nieśpiesznie przyszłam na umówione spotkanie. Plenerowa masażystka była wielce podekscytowana, musiała mi od razu opowiedzieć, co się przed chwilą wydarzyło.

Otóż hotelowa przyszła tu i głośno krzyczała, i wzięła jakiegoś kija, i pobiła ją, a ona musi pracować, bo zbiera pieniądze, żeby jej wnuk mógł studiować, i ona będzie się teraz modliła, żeby tamta tak się nie denerwowała i żeby tamtej wiodło się dobrze.

Zachwyciła mnie tym sposobem myślenia i reagowania na trudne sytuacje. Zostałam jej stałą klientką. Na pożegnanie wręczyła mi piękną muszlę.

. . .

Na kolacje jeździłyśmy hotelowym busikiem do Kuty, pobliskiego, większego od Nusa Dua miasteczka. Jest tu dużo restauracji. Wieczorem ciemności zapadają szybko i wszystkie restauracje są rzęsiście oświetlane, a przed wejściami do nich stoją osoby zapraszające. Gości restauracyjnych jest mało, bo jest w ogóle mało turystów, więc restauratorzy prześcigają się w zdobywaniu klientów. Ofiarowują suweniry, dodatkowe drinki lub desery, zapewniają powrót do hotelu samochodem na koszt firmy.

Jak się okazało, w tym czasie na Bali była pora deszczowa i stąd znaczny spadek ruchu turystycznego. Tę informację Ewa, organizatorka wyprawy, starannie przed nami postarała się ukryć. Na szczęście mieszkamy na brzegu morza i deszcze padają tu głównie nocą. Potężne opady są w centrum wyspy. Utrudniało to niekiedy krajoznawcze wycieczki.

O wycieczkach i balijskich obyczajach będzie w następnym odcinku tej balijskiej opowieści.