Do Niemiec na maliny – opowieść czwarta i ostatnia

Romantyzm jazdy małym fiatem

Kiedy już poprzedni wpis do bloga został zawieszony i rozesłałam wieści o jego istnieniu, odnalazłam jeszcze jedną fotografię zrobioną w Varrelbuschu. Niesamowite rzeźby stojące w ogrodzie przed domem Leona. To „Ludzie z Żelaza” Zbigniewa Frączkiewicza. Przyjechały tu z Polski, by uświetnić któryś z wernisaży w galerii Leona. Przyjechały chyba ze Szklarskiej Poręby jakimś dużym dostawczym samochodem, dość dawno przed naszym tu przybyciem. Teraz tym zdjęciem mogłam uświetnić ostatnią już opowieść o mojej i Basi niemieckiej przygodzie.

Miesiąc minął tak szybko. Już dawno skończyły się zbiory malin i wszystkie junge flance znalazły się w doniczkach, a Frau Marija odjechała swoim małym fiatem do Enerdowa. Przyszedł czas naszego powrotu do Polski. Skończyły się piękne, pracowite niemieckie wakacje.

Zygfryd, mąż Berbel, sąsiadki Leona, był mechanikiem samochodowym. W przeddzień naszego wjazdu starannie przejrzał mój samochodzik. Pomógł też nam umieścić na dachowym bagażniku mojego wspaniałego pojazdu wielki plastikowy wór z częścią naszych ubraniowych nabytków z wspaniałego second handu w pobliskim miasteczku. Podarował nam grubą plastikową linę, którą przymocował ten wór do bagażnika.

Basia jeszcze tego wieczoru do późna pracowała w restauracji. Pakowałyśmy się do nocy, by następnego dnia wyruszyć już o piątej rano. Ta wczesna godzina była precyzyjnie wymyślona. Tego samego dnia Berbel i Zygfryd też wyruszali do Polski. Berbel chciała odwiedzić rodzinę mieszkającą na Śląsku. Jechali mercedesem, który, jak się łatwo domyślić, rozwijał nieco inne prędkości niż mój trzynastoletni mały fiacik. Ustaliliśmy, że się jeszcze z nimi spotkamy na stacji benzynowej najbliższej dawnej granicy z NRD.

O 5.00 wyruszyłyśmy w drogę. Pozostali za nami „Ludzie z Żelaza”, pozostały bażanty zamieszkujące nocą drzewa wokół domu Leona i nawołujące o poranku „Leo, Leo”. Na stacji benzynowej w umówionym miejscu dopełniłam paliwo. Wkrótce nadjechał mercedes Zygfryda. Zygfryd jeszcze raz sprawdził mój samochód: hamulce, wycieraczki, światła i czy pakunek na bagażniku przypadkiem się nie obluzował. Pożegnałyśmy Zygfryda, dziękując za troskę o nas, uściskałyśmy Berbel i obydwa samochody wyruszyły w kierunku granicy, teraz już drogami NRD. Mercedes Zygfryda wkrótce znikł na horyzoncie. Nasz mały fiat spokojnie, bez pośpiechu posuwał się do przodu.

Mój wyglądał podobnie

Minęło południe, zaczęły nadciągać chmury, a mój samochodzik z niewiadomych przyczyn zaczął się poruszać coraz wolniej. Do granicy jeszcze daleko, ale na szczęście za chwilę pojawił się parking. Zjechałam na parking. Na parkingu była budka telefoniczna, a w niej podany numer pomocy drogowej. Zadzwoniłam, wytłumaczyłam, jak umiałam, mój kłopot. W słuchawce usłyszałam: „Motor ist kaput”. W dalszym ciągu informacji usłyszałam, że za 800 mare mogą nas doholować do granicy. Klęska…

Po krótkiej naradzie z Basią zdecydowałyśmy się wyjść na drogę i starać się zatrzymać jakiś samochód, który zechciałby na do granicy doholować. Stanęłyśmy na drodze, podnosząc ręce na widok nadjeżdżających samochodów. Nikt się nie zatrzymywał, tylko kierowcy jadących w przeciwnym kierunku ciężarówek wychylali się roześmiani przez okienko, pokazując jakieś znaki ręką… Nie miałyśmy pojęcia, dlaczego myśmy ich rozśmieszały.

Wreszcie na nasz parking wjechał samochód na polskiej rejestracji. Pobiegłam po pomoc. I tu znowu szczęście – kierowca był mechanikiem samochodowym. Obejrzał samochód i powiedział, że to cylinder i że nie mamy żadnej szansy tym do Polski dojechać. Doradził, żeby na kartce dużymi literami napisać HOL i z taką kartką stanąć na drodze. On nas nie doholuje, bo ma za słaby samochód, i zajęli się z żoną przygotowywaniem posiłku.

Stanęłyśmy z tą kartką na drodze i w krótce nadjechała półciężarówka na polskiej rejestracji. Kierowca się zatrzymał powiedział, że nas podholuje, ale za pieniądze. Basia szybko zakrzyknęła:

– Ile?
– Dwieście – odpowiedział.
– Czego? – zakrzyknęła Basia.
– Złotych. – No, byłyśmy uratowane. 200 marek nadszarpnęłoby mocno nasze z trudem zdobyte zasoby.

Wszystko zostało uzgodnione, ale powstał nieprzewidziany poważny problem. Brak linki holowniczej. Nie miałam ja, nie miał właściciel półciężarówki ani znajomy mechanik z parkingu. Jedynym ratunkiem mogła się okazać jedynie plastikowa lina, utrzymująca worek na bagażniku. Półciężarówka odwoziła jakieś towary do Niemiec. Teraz wracała bez ładunku. Wór wylądował na pace furgonetki. Lina została przywiązana do haków holowniczych w obydwu samochodach i ruszyliśmy w dalszą drogę.

Zaczął padać deszcz. Nie włączałam świateł w moim samochodzie. Żeby nie rozładował się akumulator. Wydawało się, że wszystko jest OK, ale po przejechaniu jakichś 30 kilometrów pękła linka. Wybiegłam na drogę, zatrzymał się też natychmiast kierowca furgonetki. Wziął się chyżo do wiązania dwóch odcinków. Deszcz padał równo, a linka urywała się jeszcze cztery kolejne razy. Kierowca półciężarówki za każdym razem rozśmieszał się coraz bardziej i mówił: „Trzeba szybko wiązać, żebyśmy tylko przed zmrokiem dotarli do granicy”.

Linka skracała się coraz bardziej i kiedy dojechaliśmy do polsko-niemieckiej granicy, miała góra pięć metrów. Niemiecki pogranicznik, widząc dwie baby w samochodzie holowanym na tak krótkiej plastikowej lince, rozśmieszył się tak bardzo, że nawet nie oglądał naszych bagaży ani naszych dokumentów. Potem Basia powiedziała z przerażeniem:
– Nie wstawił pieczątek do paszportu. Mogą nie wpuścić mnie więcej do Niemiec.

Dotarłyśmy do przygranicznego miasteczka. Noc spędziłyśmy w jakimś hoteliku, rano znalazłam warsztat. Naprawa trwała prawie do piątej po południu. Wiedziałam, że po takim remoncie silnika trzeba sprawdzić, czy po jakimś czasie nie kapie olej. Żeby to sprawdzić, trzeba by zatrzymać się na jakiejś stacji benzynowej. Basia miała wypatrywać stacji. W owym czasie stacje benzynowe w Polsce zdarzały się rzadko i nie były zbyt dobrze oznakowane.

Robił się wieczór i właśnie była stacja, ale Basia za późno ją zauważyła. No cóż, jechałyśmy dalej. Byłyśmy w okolicach Konina, zrobiło się ciemno, a mnie zaczęło migać czerwone światełko lampki olejowej. Z pobocza zaczynał ruszać jakiś samochód. Zdążyłam go zatrzymać. Kierowca wysiadł, spojrzał na mój samochód i powiedział: „Ma pani zalane olejem całe tylne drzwi (małe fiaty miały silnik z tyłu). Niech pani nie włącza silnika, bo wszystko może się zapalić”. Obiecał wezwać pomoc i odjechał.

Pomoc przybyła po godzinie samochodem z lawetą, było po dziesiątej wieczór. Właściciel pomocy zaoferował, że za 1000 zł odwiezie nas do Warszawy. Basia była zachwycona, ale ja byłam przeciwna. Co ja zrobię z załadowanym popsutym samochodem na ulicy w Warszawie w nocy? Poprosiłam, żeby mi uzupełnił olej, i zadzwoniłam od niego z warsztatu do Jacka Głażewskiego, dobrego znajomego, który tu w niedalekim Zbiersku miał przychodnię i mieszkał. Jacek zaprosił nas do siebie. W samochodzie, jak się okazało, urwał się tłumik i przy okazji rozszczelnił się zbiornik oleju. Pan od pomocy podokręcał śruby. Do Jacka dojechałyśmy o północy. Czekały już na nas pościelone łóżka i gorąca herbatka.

Następnego ranka samochodzik pojechał do warsztatu, żeby przykręcić tłumik. Tu pojawił się nowy problem. Tłumik trzeba dokupić, a w sklepie z częściami remanent, ale dla pana doktora sprzedano tłumik mimo remanentu.

O godzinie drugiej dojechałyśmy pod drzwi domu Basi. Teraz już tylko rozpakować Basię i dojechać do Kopernika. Jakież było moje zdumienie, kiedy mimo wyłączenia stacyjki silnik wcale się nie wyłączył. Na szczęście Basia miała telefon w domu. Zadzwoniłam do teściowej znajomego, wędrownego elektryka – pana Zbyszka. Pan Zbyszek nie miał warsztatu. Przyjeżdżał do klienta i naprawy robił na ulicy. Klientela powiadamiała go o awariach za pośrednictwem teściowej, posiadaczki własnego telefonu. Tym razem właśnie był u teściowej na obiedzie. Kiedy powiedziałam, co się stało, usłyszałam w słuchawce jego gromki śmiech a potem instrukcję:

– Pani Krysiu, niech pani otworzy z tyłu klapę, a potem walnie ręką w bezpieczniki. – Walnęłam i już wkrótce udało mi się powrócić do domu. A czy teraz, jadąc mercedesem z Niemiec, miałabym o czym pisać??? Nudaaaa…

Ebooki znajdziesz na Legimi