Wojtek Piotrowski, nasz kolega, właśnie powrócił z odbytej z bratem wspaniałej, chyba dziesięciodniowej, podróży statkiem „Batory” wzdłuż wybrzeży Europy. Zaprosił nas na kolację, której głównym elementem miały być wspomnienia z odwiedzanych europejskich portów. Wspomnień z odwiedzanych miast nie było zbyt wiele, no i Wojtuś za bardzo nie pamiętał, jak się one nazywały. Pamiętała to jednak Halinka, Wojtusiowa żona, chociaż w podróży nie uczestniczyła. To do niej zwracał się za każdym razem z zapytaniem: „Halusiu, gdzie to było?”.

Jak się okazało, główną atrakcją tej podróży były kolacje na statku w towarzystwie wesołych uczestniczek rejsu. Większość podróżnych stanowiły przedsiębiorcze kobiety należące do tak zwanej prywatnej inicjatywy – właścicielki niewielkich sklepików, wytwórczynie butów, odzieży.

Halusia nie uczestniczyła w tej wycieczce nie tylko z powodu braku pieniędzy (była to bezsprzecznie droga impreza), ale pracowała na etacie, jako poważna kadrowa na Stadionie Dziesięciolecia, i w tym czasie nie mogłaby dostać urlopu. Wojtuś z bratem prowadzili prywatne przedsiębiorstwo, mogli więc w sposób dowolny zarządzać urlopami.

Prowadzili oni w owym czasie punkt skupu surowców wtórnych. Firma mieściła się w wynajętym barakowozie. Tu przybywali klienci, od których kupowano szmaty czy makulaturę. Nabyte surowce przed dostawą do hurtowni starannie segregowano, bo inne były ceny skupu wełny, a inne bawełny… Książki wybierane z nabytej makulatury starannie ustawiano na niewielkiej etażerce. Stąd wędrowały do zaprzyjaźnionego straganu bukinisty na Bazarze Różyckiego.

Najważniejszą częścią tego wieczoru wspomnień stało się ustalenie planów wspólnego wyjazdu na narty w czasie ferii zimowych. Ferie zimowe dla wszystkich szkół w całej Polsce rozpoczynały się tuż przed świętami Bożego Narodzenia, a kończyły po Trzech Króli. Halinka podjęła się zarezerwowania miejsc na jakimś narciarskim obozie.

No i udało się Halince, jako pracownikowi sportowej firmy, zdobyć trzy miejsca w Dusznikach w schronisku „Pod Muflonem”, w wieloosobowych pokojach, każde w innym. Wojtek orzekł, że ten brak czwartej rezerwacji załatwi się na miejscu. Wyruszymy w dwa samochody (my naszym niedawno kupionym leciwym już trabantem), zabierając oczywiście nasze psy. My naszą cocker-spanielkę Tinę, a Wojtkowie ich owczarka nizinnego.

Ostatniego dnia zajęć szkolnych po zakończeniu ostatniej lekcji pospiesznie wybiegłam przed szkołę. Miecio już czekał w zapakowanym samochodzie. Dni krótkie, trzeba było jak najszybciej wyruszyć na trasę. Do Kłodzka dojechaliśmy już późnym wieczorem. Miecio wolał dalej nie jechać nocą, zdecydowaliśmy się przenocować w Kłodzku. Wojtek postanowił jechać wprost do „Muflna”. Mieliśmy się spotkać jutro w centrum Dusznik.

Ta Wojtkowa podróż nocą była, jak się okazało, mocno ryzykownym przedsięwzięciem. Zaczął padać coraz gęstszy śnieg. Podobno nawet spotkali wilki. Widzieli w lesie świecące oczy. Do schroniska dotarli koło północy. Otworzył im drzwi nieco zaspany kucharz. Po chwili pojawiła się też jego siostra zajmująca się w schronisku opracowywaniem menu schroniskowej stołówki.

Wojtek na powitanie wydobył z bagażu flakonik rozgrzewającego napoju. Kucharzowi na ten widok zabłysło oko. Po chwili już udało się wszystkim zaprzyjaźnić i Wojtuś rozpoczął rozmowy o zakwaterowaniu. Siostrzyczka kucharza miała klucze do wszystkich pokoi. Skoro miały zamieszkać razem cztery osoby, otworzyła drzwi do czteroosobowego pokoju na czwartym piętrze.

Około dziesiątej rano Wojtek z Halinką i owczarkiem nizinnym odnaleźli nas w centrum miasteczka. Okazało się, że przyszli na piechotę, bo śniegu było tyle, że nie da się przejechać. A więc nasz samochód pozostaje na dole, a w górę do schroniska z naszymi rzeczami wyruszymy po krakowsku „na nogach”.

Pokój zajęty przez Wojtka okazał się bardzo dobry i nikt dotąd nie kwestionował faktu, że przydziały miejsc były całkiem inne. Pozostało jeszcze zgłosić u pani kierowniczki schroniska dodatkową osobę, czyli Miecia. Powędrowaliśmy do pani kierowniczki we trójkę: Miecio, Tina i ja.

Miecio wydobył z kieszeni legitymację prasową, tłumacząc, że dopiero w ostatniej chwili udało mu się uzyskać możliwość tego wyjazdu. Pani kierowniczka obejrzała uważnie legitymację i łaskawie wyraziła zgodę na zameldowanie Miecia i dodanie go do listy konsumentów przewidywanych turnusem posiłków. Na zakończenie rozmowy dodała: „ale bez psa”. Kiedy zapytałam, co mamy z nim zrobić, powiedziała spokojnie: „Odesłać do Warszawy”. No cóż, powiedziałam „dobrze”.

Odesłanie psów do Warszawy było propozycją zupełnie abstrakcyjną. Muszą po prostu z nami zostać tajnie. Wprawdzie nikt nie będzie zaglądał do naszego pokoju, ale jak wychodzić z nimi na spacery, paradując z czwartego piętra przez całe schronisko? Wojtek znalazł bardzo proste rozwiązanie tej wydawałoby się beznadziejnej sytuacji. To on teraz będzie chodził na te spacery, zabierając nasze pieski jednego w torbie, drugiego w plecaku. Na szczęście oba były nieduże i miały pogodne charaktery. Już na drugi dzień były gotowe zapakowywać się samodzielnie.

Wyżywienie w tym „Muflonie” było fatalne, bo najpierw to kuchnia musiała oszczędzać prowiant na wieczerzę wigilijną, a potem na bal sylwestrowy. A w sylwestra przysiadł się do naszego stolika przerażony kucharz. Doszły do niego wieści, że tuż po nowym roku ma być kontrola inspekcji handlowej, a on ma w magazynku ogromne ilości masła, cukru i jeszcze innych „zaoszczędzonych” specjałów. Dotychczas mąż pani kierowniczki te „oszczędności” wywoził landrowerem do Dusznik, do zaprzyjaźninego sklepiku. A tu napadało tyle śniegu, że żaden samochód nie przejedzie. Wojtkowy trabant był ostatnim, któremu udało się pokonać drogę pod górę.

Mimo marnego wyżywienia wakacje były bardzo udane. Śniegu dużo, narty, spacery, miły instruktor narciarstwa. Wieczorami Miecio i Wojtek grywali w brydża z poznanym dentystą z Ziębic i jego żoną, a ja z Halinką czytałyśmy książki, robiły jakieś robótki, gadały.

Był też bal sylwstrowy. Balowicze w sportowych szatkach zadbali jedynie o wygodne buciczki do tańca i tańczono do rana. Wyróżniał się tylko Wojtek. Przewidując balowy sylwestrowy występ przytaszczył ze sobą smoking i cały komplet do niego dodatków – wszystko zakupione specjalie na rejs Batorym. No i oczywiście nieomieszkał zabłysnąć w Muflonie, nie zważając na Mieciowe prześmiewcze uwagi, że wygląda tu jak kelner.  Miała też wystąpić Halinka w długiej sukni i spejalnie przez Wojtka zakupionej, bogato wyglądającej biżuterii. Halinka jednak wolała się zbytnio niewyróżniać. Sukinkę przywdziała pozostawiając w pudełeczku biżuterię na mniej sportową okazję.

Czas szybko minął i trzeba było wracać do Warszawy. Nasz samochód stał na dole, więc pozostawało tyko znieść rzeczy, ale co z samochodem Wojtka? Droga jest nadal absolutnie nieprzejezdna.

Wojtek nie widział problemu. Postanowił zjechać nartostradą. Zapakowaliśmy się wszyscy do Wojtkowego samochodu i ruszyliśmy w dół ośnieżnym stromym zboczem. W połowie drogi auto zaryło się w śniegu. Halusia wysiadła nerwowo z samochodu, zabierając walizkę i psa, i oznajmiwszy, że dalej z wariatem nie pojedzie, ruszyła zdecydowanym krokiem na piechotę. Miecio, Tina i ja ruszyliśmy za nią. Wojtek samodzielnie wykopał się z zaspy i desperacko pokonał resztę trasy.

Droga do Warszawy nie była łatwa. Zrobiło się ciemno i mgliście, nam zaczęło brakować benzyny. Na ostatniej kropelce dotarliśmy do stacji benzynowej. Na noc zatrzymaliśmy się w jakimś hotelu − i tu pech. W hotelu odbywało się wesele, więc mimo zmęczenia zasnąć udało się dopiero nad ranem.

Wakacje z Wojtkiem były zawsze pełne niespodzianek.