To już szósty dzień naszego pobytu na Jukatanie (16 grudnia). O ósmej rano wsiadamy do autobusu jadącego do Xcaret.

Xcaret w języku Majów oznacza małą zatoczkę i to oni wybudowali tutaj przed laty port będący świetnym ośrodkiem handlowym. Na ternach dawnego miasta Majów powstał współcześnie wspaniały park rozrywkowo-edukacyjny. Obejrzeć w nim można niemal wszystkie cuda przyrody Karaibów, a także zapoznać się z kulturą Majów.

Wchodzimy przez budynek zaprojektowany w formie piramidy. Tu można pozostawić niepotrzebne bagaże, wypożyczyć sprzęt do nurkowania. Można obejrzeć wystawę archeologiczną, są pamiątki po Majach, makiety piramid, pałaców…

Wędrując plątaniną cienistych alejek, podziwiamy osobliwy ogród zoologiczny. Oglądamy baseny, w których pływają żółwie, małe, duże, średnie i ogromne. Oglądamy nietoperze w podziemnej jaskini, wspaniałe akwaria pełne kolorowych ryb i barwnych ukwiałów.

Niesamowity pawilon motyli: ogromna woliera dla motyli to dolinka zamknięta od góry białą siatką. Idąc wąską ścieżką między krzewami i kwiatami, oglądamy setki motyli ze skrzydełkami o najrozmaitszych wzorach i barwach.

Królestwo ptaków przepięknych, równie kolorowych. Różowe flamingi stoją spokojnie po kostki w wodzie. Na gałęziach drzew zasiadają ogromne papugi czerwone, zielone, niebieskie. Białe i beżowe sowy, czarny tukan z ogromnym zielonym dziobem i czerwonym piórkiem pod ogonem, i jeszcze inne większe i mniejsze nieznane mi ptaszydełka.

Dalej ogród botaniczny. Idziemy ścieżką przez dżunglę i gdzieś w połowie tej ścieżki polana, a na niej oranżeria z orchideami, ule, kolonie grzybów białych i różowawych rosnące na workach ze ściółką, podobnych do naszych spotykanych na drzewach.

Atrakcją historyczną jest niewielki skansen – wioska Majów. Stoją tu trzcinowe domki, łódź pełna owoców. Na wzgórzu pośrodku wioski ołtarz modlitewny.

Chyba największą dla nas atrakcją było przepłynięcie podziemną rzeką trasy około dwóch kilometrów. Mimo pewnych obaw przed nieznanym wypożyczamy kapoki i płetwy. Przyodziani w różowe kapoki zjeżdżamy w nurt rzeki czymś w rodzaju rynny z cieknącą wodą. Rzeka płynie podziemnym, skalnym korytarzem, rodzajem krużganku. Co pewien czas po jego jednej stronie są jakby okna. Przez nie wpadają do wnętrza promyki światła, widać fragmenty pejzażu. Po chwili wszystko znika i ciemności rozświetlają jedynie lampy umieszczone w otworach na suficie. Woda jest absolutnie przezroczysta, widać w niej płynące w pobliżu nas ryby. Wprawdzie umiem pływać, ale mam lęk przed głębokością i wolę płynąć, nie wiedząc, jak daleko pode mną jest dno, dlatego nawet nie wypożyczyłam maseczki. Cała ta podziemna podróż była zupełnie niezwykłym wydarzeniem i mimo strachu okazała się wielce ekscytującym przeżyciem.

Idziemy jeszcze na plażę, mijając basen, w którym za 60$ można popływać z delfinami. Niestety zbliża się 16.00 i trzeba już opuszczać plażę.

Za chwilę zachód słońca i służby porządkowe wyławiają z wody żółte gumowe koła, porzucone przez plażowiczów. Pustoszeją leżaki z drewnianych szczebelków. Na pożegnanie dnia wysoko skaczą delfiny.

Idziemy się przebierać.

Xcaret żegna nas koncertem muzyki meksykańskiej. Ośmiu mężczyzn w jasnych płóciennych garniturach i dużych kapeluszach gra na różnych instrumentach, tańczy i śpiewa.

I jeszcze fragment pokazu jazdy konnej. Wyjeżdżają caballeros z kolorowymi chorągwiami i amazonki w pięknych białych sukniach z zielonymi i czerwonymi falbankami na szerokich spódnicach.

Nieubłaganie zbliża się 17.00. Chyba nikt nie zapomniał słów naszego pilota przy wysiadaniu z autobusu: „I pamiętajcie! Autobus odjeżdża o godzinie piątej! Dokładnie o piątej. Kto się spóźni… No cóż… Welcome to Mexico!!!”

Znaliśmy plotki na temat zagubionych w Meksyku turystów i małej sprawności lokalnej policji. Byliśmy przy autobusie dwadzieścia minut przed czasem…

Kiedy przed napisaniem tego wspomnienia zajrzałam do internetu, dowiedziałam się, jak wiele przybyło atrakcji w Xcaret, jak różne pakiety umożliwiające wykorzystanie tych atrakcji i w jak różnych cenach są proponowane turystom. O możliwości przebywania w parku do późnych godzin wieczornych, długo po zachodzie słońca, o widowiskach w dużym plenerowym teatrze. I pomyślałam sobie, że bardzo się cieszę, że udało mi się tam być, kiedy jeszcze nie było wszystkich tych cudowności, nie przyjeżdżały tam jeszcze tłumy i wszystko było bardziej kameralne.

* * *

Następnego dnia po tej forsownej wycieczce odpoczywamy na plaży i tylko na parę godzin wyruszamy morską wyprawą na niedaleką Isla Mujeres, czyli Wyspę Kobiet.

Do portu miał nas zawieźć Ricardo, właściciel tutejszego biura podróży. Niestety ma rozwalony samochód. Jedziemy zatem autobusem. W porcie przed wejściem na pokład białego stateczku rytuał naklejania obrączek na rękę, dzięki którym zostaniemy wpuszczeni na statek w powrotnej drodze.

Na statku na powitanie rozdają soczki i dwa rodzaje owoców, mango i arbuz. Gra muzyka – trzyosobowy zespół.

Isla Mujeres to mała wysepka z białymi i kolorowymi domkami, z palmami na plaży. Na uliczkach sklepiki pełne najróżniejszego dobra. T-shirty, paski, chusty, kapelusze, srebra, dywany…

Chodzimy z Żanettą po sklepach, oglądamy te wszystkie cuda. Kupujemy sobie po jednym pareo. Przyda się jako osłona przed nadmiarem słońca.

Jeszcze parę chwil na plaży i już trzeba wracać na pokład naszej pływającej jednostki. Tu czeka na nas lancz: ryż lub makaron, jarzyny, jakieś mięsko kurczakowe i mandarynki. Po lanczu znów czas wolny, spacer po tej małej wyspowej miejscowości.

O godzinie 15.15 odpływamy. Drogę powrotną umila nam meksykański kaowiec – wysoki, mężczyzna ubrany cały na biało. Inauguruje tańce, konkursy z nagrodami: na najlepszy pocałunek (dla pań) i na najlepszy śpiew (dla panów). Nagrodą jest butelka tequili. Jest bardzo wesoło.