Witam na moim blogu!

Krystyna Bukowczyk – dla przyjaciół Kuba. Ten mój blog jest przedsięwzięciem trochę historycznym. To rodzaj pamiętnika. Znajdziesz w nim opowieści o czasach które minęły, wspominam ludzi których już nie ma, o wielkich wydarzeniach, które  przemknęły obok mnie, o chwilach dobrych w czasach złych, o Warszawie z bliskich i dawnych już lat,  ilustrowane archiwalnymi zdjęciami… a też foto-notatki z moich różnych podróży...

 

GALERIA Bukowczyka

obejrzyj GALERIĘ
kartki z pamiętnika

8 marca 68 i imieninowa niespodzianka

Był ósmy marca – Święto Kobiet. Jak co roku w fabrykach i urzędach rozdawali świąteczne, czerwone goździki.

Zajęcia w szkole skończyłam wcześnie, a że dzień był pogodny, wyruszyłam spacerkiem do domu. Na Krakowskim Przedmieściu dziwnie dużo ludzi. Wszyscy zmierzają do bram uniwersytetu. Weszłam z innymi. Przed gmachem biblioteki zgromadził się tłum.

Niespodziewanie znalazłam się na wiecu studentów UW, wiecu w obronie Michnika i Szlajfera. Zostali oni decyzją ministra usunięci ze studiów za przekazanie reporterom francuskiej prasy informacji na temat zamieszek związanych ze zdjęciem z afisza wystawianych w Teatrze Narodowym Dziadów w reżyserii Dejmka.

Czytaj dalej
Kolorowe cienie

Moja przyjaciółka Krysia

Krysia Karwicka-Rychlewicz była osobą niezwykłą, pełną pomysłów, radości życia, ciekawych inicjatyw. Dziennikarka, społecznica, podróżniczka, życzliwa ludziom i niosąca pomoc każdemu, kto jej potrzebował.

Poznałyśmy się w redakcji „Naszego Klubu”, gdzie ściągnęła ją Magda Czaputowicz. Krysia pisała recenzje książkowe, wywiady z gwiazdami estrady, czasem reportaże z wydarzeń kulturalnych. Miała łatwość nawiązywania kontaktów, chętnie udzielała się towarzysko, bywała w kawiarence PIW-u na Foksal. Pamiętam, jak weszła w eleganckiej zielonej szmizjerce, z ręką w kieszeni. Zasiadła na zaproponowanym jej krzesełku, wydobyła z torebki papierosy i z gracją, wprawnym ruchem, jedną ręką zapalała wyjętą z pudełeczka zapałkę. Byłam pełna podziwu dla jej niemal ekwilibrystycznych umiejętności.

Czytaj dalej
kartki z pamiętnika

„Nasz Klub” – czasopismo zapomniane

15 maja 1967 Miecio rozpoczyna pracę dziennikarską.

Korespondencyjny Klub Młodych Pisarzy przygotowywał się do Międzynarodowych Targów Książki i Prasy. Na placu przed Pałacem Kultury, wśród wielu innych stoisk, ma się znaleźć stoisko KKMP, na którym będą prezentowane książeczki zrzeszonych w klubie poetów i początkujących prozaików, a klubowi pisarze będą rozdawać autografy. Budową stoiska i oprawą plastyczną ma się zająć Miecio, no i w tej sytuacji również ja.

Warszawski zarząd KKMP, zawiadywany przez Tadeusza Chudego, przed tym udziałem w targach został wzmocniony przybyciem Magdy Czaputowicz. Magda, sekretarz miesięcznika kulturalnego dla wsi „Nasz Klub”, ma tu reprezentować redakcję. Miesięcznik wydawany jest pod patronatem Związku Młodzieży Wiejskiej, a KKMP działał również pod tym patronatem.

Czytaj dalej
kartki z pamiętnika

Fedra, moja opiekunka

Miała na imię Fedra.

To od plakatu Jana Lenicy do spektaklu w Teatrze Narodowym. Bardzo mi się ten plakat podobał, więc go kupiłam i powiesiłam na drzwiach szafy.

Fedra, prześliczna ruda jamniczka długowłosa, była osobą niezwykłej inteligencji. Kiedy ją kupiliśmy, miała dwa miesiące, z metryczki wynikało, że jest córką Puzona – słynnego jamnika Jerzego Waldorffa, ale do tatusia raczej nie była podobna… Pani hodowczyni szczegółowo nam tłumaczyła, jak się opiekować tym dwumiesięcznym szczenięciem, jak je żywić, żeby zdrowo rosło. Przecież wtedy nie było żadnych sklepów ze specjalnym pożywieniem dla psów i kotów. Nie było żadnych chrupków, puszeczek, sztucznych kości… Przygotowywałam więc zgodnie z zaleceniami pani hodowczyni twarożki z drogimi o tej porze roku truskawkami i jakieś inne specjały. W sklepie z wikliną kupiłam koszyk, w którym miała sypiać nasza podopieczna, ale ona zdecydowanie wolała rozkładać się na tapczanie. Niezwykle szybko opracowała cztery różne sposoby dyskretnego wślizgiwania się do łóżka.

Czytaj dalej
kartki z pamiętnika

Tadeusz – opowieść pierwsza

Tadzio Kowalski był człowiekiem pełnym fantazji, niezwykłych pomysłów, które na dodatek potrafił realizować. Miał też wielką łatwość nawiązywania kontaktów.

Teraz by się powiedziało: „był wielce kreatywny”, ale wtedy słowo „kreatywny” nie należało do słów powszechnie używanych. Bo też i kreatywność nie była wcale potrzebna obywatelom PRL-u, kraju socjalizmu, tego najszczęśliwszego ustroju. Obywatel nie musiał samodzielnie rozumować, miał sumiennie wykonywać powierzone mu obowiązki, wyrabiać ustalone normy, mógł te normy przekraczać: 110%, 120% … 200%. Mógł zostać przodownikiem pracy i otrzymywać za to nagrody, być wzorcem dla innych, oglądać swoje zdjęcia w gazetkach ściennych. Ewentualnie miał możliwość złożenia wniosku racjonalizatorskiego, pozwalającego na wprowadzenie usprawnień w wykonywanym zawodzie. Ale żeby mędrkować, być „kreatywnym”, może wywyższać nad szefem… A przecież od myślenia była partia, jedyna, najmądrzejsza, oraz towarzysze stojący na jej czele, którzy wiedzieli, jak należy żyć, jak zapewnić dobrobyt obywatelom.

Czytaj dalej
kartki z pamiętnika, Kolorowe cienie

Opowieść o Józefie Gielo

Józef Gielo niewątpliwie poetą był. I tak jak innych poetów tamtego czasu można go było spotkać na „szlaku”. Przesiadywał w „Harendzie”, w „Partumiarni”, snuł się po sklepikach z piwem, chadzał na wódkę do „Kameralnej”, bywał w SPATiF-ie, a w chwilach wolnych od tych zajęć niekiedy pisywał wiersze…

Józio przybył do Warszawy z jakiejś lubelskiej wioski i tu uczęszczał do szkoły kamieniarskiej. Uczęszczał do tej szkoły razem z Jasiem Himilsbachem i razem zamieszkiwali u zakonnic w podwarszawskich Laskach. Po ukończeniu szkoły ich drogi się trochę rozeszły. Jaś zakończył edukację i rozpoczął pracę w którymś zakładzie nagrobkowym przy Powązkach i rozważał rozpoczęcie kariery literackiej jako prozaik. Józio ruszył na studia polonistyczne na Uniwersytecie Warszawskim, a literacko skłaniał się bardziej ku poezji. Przyjaźń jednak pozostała na długie lata, tym bardziej że łączyła ich wspólna maszyna do pisania.

Czytaj dalej
Kolorowe cienie

Opowieść o Andrzeju Partumie

Na Krakowskim Przedmieściu, naprzeciw winiarni „U Hopfera”, w bliskim sąsiedztwie kawiarni „Telimena”, mieścił się sklep ze słodyczami połączony z niewielką kawiarenką „Pod kominkiem”, nazywaną „Partumiarnią”. Tu, przy niewielkim stoliku, w pobliżu nigdy nieużywanego kominka, przesiadywał całymi dniami Partum. Ta kawiarenka właściwie zastępowała mu dom.

Andrzej Partum był sierotą, po śmierci matki, która zginęła w powstaniu, opiekowała się nim ciotka, ale zły los sprawił, że przedwcześnie zmarła. I tak został sam na świecie, zdany wyłącznie na siebie.

Spotykałam go niekiedy na Krakowskim Przedmieściu. Sunął nieśpiesznie lekko pochylony, blond włosy opadały mu na czoło. Mijając mnie, uśmiechał się lekko i zamiast powitania wypowiadał jedno słowo: „Rabcenko”, lekko zniekształcone moje nazwisko. Ja też się do niego uśmiechałam bez słów. Na ogół wszyscy mówili do mnie po imieniu, tylko on zwracał się do mnie po nazwisku, może nawet nie znał mojego imienia. Chodził z moją siostrą Irenką do jednej klasy w szkole podstawowej, dopóki nie wydarzyła się ta tragiczna śmierć ciotki. Potem znalazł się w jakimś domu dziecka.

Czytaj dalej
kartki z pamiętnika

Fotografowanie przed laty i inne wspomnienia z tym związane

W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku posiadanie aparatu fotograficznego należało do rzadkości. Rzecz w dzisiejszych czasach właściwie niewyobrażalna. Fotografią zajmowali się fotografowie. Do fotografa chodzono, żeby zrobić zdjęcie do legitymacji, zdjęcie ślubne, zdjęcie portretowe, pamiątkowe zdjęcie pozowane, zdjęcie z okazji pierwszej komunii czy zdjęcie niedawno urodzonej małej dzieciny. Nieliczni posiadacze aparatów fotograficznych koncentrowali się głównie na robieniu zdjęć pamiątkowych, a bardzo nieliczni hobbyści starali się je wywoływać samodzielnie.

Byli też wielcy i nieco mniejsi FOTOGRAFICY artyści, tworzyli DZIEŁA i FOTOGRAMY, ale miało się to nijak do istniejącej obecnie rzeszy dziesiątek, setek tysięcy, a pewnie milionów instagramerek i instagramerów, z których każde czuje się artystą.

Czytaj dalej
kartki z pamiętnika

Drewniane figurki, linoryty i niecodzienne zlecenia

ŚWIECZNIK z KROWĄ (drzewo lipowe)

30 maja roku 1965, a więc przed niemal przed 55 laty, Miecio czyli mąż mój Mieczysław Ignacy Bukowczyk rozstał się z pracą w fabryce „22 lipca dawniej E. Wedel”, zakończył karierę projektanta papierków do cukierków.

Zajął się teraz Miecio poszukiwaniami nowych form działalności artystycznej. Zaczęły powstawać niewielkie drewniane rzeźby sprzedawane w salonach Desy – precyzyjnie doszlifowywane drewniane figurki, niestety tylko zaledwie parę tych małych dziełek zostało uwiecznionych na fotografii. Powstała seria linorytów, z braku prawdziwego linoleum wycinanych na niedużych płytkach PCV. Powstały też niewielkie obrazki – rodzaj asamblaży. Te ostatnie nie przetrwały próby czasu.

Czytaj dalej
kartki z pamiętnika, notatki z podróży

Boże Narodzenie w Kraju Rad c.d.

Boże Narodzenie w tym wspaniałym radzieckim kurorcie mijało niezauważalnie. Żadnych choinek, świątecznych ozdób na ulicach czy w sklepach, żadnych świątecznych dań w menu naszego hotelu. To święto, jak i inne religijne święta, po prostu znikło z kalendarza i doszczętnie skasowano wszelkie związane z nim obyczaje.

Dni były pochmurne, palmy przysypane drobnym śnieżkiem też nie wyglądały radośnie. Na dodatek Basia miała kłopoty ze sprzedażą przywiezionego towaru – tych rozmaitych tureckich ubiorów dżinsowych, bo przecież wszelkie formy prywatnego biznesu były tu absolutnie zabronione i ścigane przez milicję.

Na szczęście w połowie turnusu przysiadła się do naszego stolika Zosia. Spytała, czy może z nami siedzieć przy posiłkach, bo właśnie pokłóciła się z koleżanką. Zosia, jak się okazało, była osobą świetnie zorientowaną w podziemnym nurcie życia kurortu. Przyjeżdżała tu już wielokrotnie, miała odpowiednie znajomości, była też doskonale przygotowana do egzystencji w tutejszej społeczności. Mówiła nieźle po rosyjsku. Kiedy wychodziła na miasto przyodziana w marniawe szare paletko, w jakiejś chuścinie na głowie, nie wyglądała jak turystka, idealnie wtapiała się w szarość ulicy.

Czytaj dalej
zamknij