Księży Młyn

Rok 1950 był rokiem wielu zmian w życiu moim i całej naszej rodziny.
W niedzielę 26 lutego rozstawiłyśmy z Irenką sztalugi w oczekiwaniu na pana Rządlaka i rozpoczęcie kolejnej lekcji rysunku. Pan Rządlak – student Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych − był naszym nauczycielem rysunku już prawie od trzech lat. Lekcje odbywały się systematycznie raz w tygodniu, rysowałyśmy ustawiane przez niego kompozycje, kwiaty w wazonie, portrety, do których cierpliwie pozowali Dziadek, Babuszka, pani Szmidtke… Tego dnia przyszedł spóźniony, rozmawiał cicho z Tatą, domyśliłam się, że to będzie nasza ostatnia z nim lekcja. Zdawało mi się, że nie lubię rysunków ani tego malarza, ale teraz, jak się okazało, że już nie będzie przychodził, zrobiło mi się smutno. Tata jakoś nie chciał nam wyjaśnić, co właściwie się stało.

16 marca przyszło nam się rozstać z panią Schmidtke, odjeżdżała na zawsze do NRD. Była z nami niemal od pierwszych dni naszego przyjazdu do Łodzi. Pomagała Babci w zawiadowaniu naszym domem, bardzo ją wszyscy lubiliśmy. Jej też smutno było rozstawać się z nami i z Łodzią, w której spędziła niemal całe swoje życie.
Nikt wtedy nie myślał, że się jeszcze kiedyś zobaczymy. Indywidualne podróże zagraniczne były wtedy rzeczą niewyobrażalną, niemal całkiem niemożliwą. Przyjechała do Polski po latach, w czasach Gierka, była też w Warszawie, przyszła niezapowiedziana, nie zastała nikogo w domu, ale zostawiła swój adres, więc ją wkrótce odwiedziłam w Bautzen (Budziszynie) – już wtedy istniała możliwość wymiany jakiejś minimalnej ilości złotówek na marki i wyjazdu do NRD.

Babuszka China
Andrzejek
Drewniany fotel który przyjechał z Wilna
Dziadek Ignacy

W końcu maja pojawiła się nowa pomoc domowa − siedemnastoletnia Bronia.

Najważniejsze wydarzyło się 21 grudnia – Tata, po niemal trzyletnim wyczekiwaniu, otrzymał służbowe mieszkanie w Warszawie i zaraz po świętach miała nastąpić przeprowadzka. Tu, w Łodzi, Tata pracował w fabryce Gama, początkowo jako kierownik warsztatów, później jako kierownik techniczny całej fabryki. W 1948 został służbowo przeniesiony do Warszawy do centralnego Zarządu Przemysłu Tłuszczowego i zamieszkał we wspólnym dwupokojowym mieszkaniu – Tata z panem Cześkiem w jednym pokoju, w drugim, mniejszym, zamieszkiwał starszy pan. Zaczęły się cotygodniowe przyjazdy do Łodzi tylko na niedzielę. Brakowało nam Taty na co dzień, z Mamą trudno było rozmawiać: zawsze krytyczna, zawsze zdenerwowana.

Mieszkanie w Warszawie będzie dwupokojowe, na piątym piętrze i mniejsze od tego, w którym mieszkamy obecnie, a więc nie bardzo wszyscy możemy się w nim pomieścić. Po naradzie rodzinnej ustalono, że w zaistniałej sytuacji dziadek Ignacy z Babuszką Chiną przeniosą się do Szczecinka, do wujka Władka, brata Mamy. Ja do końca roku szkolnego pozostanę w Łodzi i zamieszkam u cioci Jadzi. To pozostawienie mnie w Łodzi było uzasadnione tym, że w pięcioletniej szkole handlowej po ukończeniu trzeciej klasy otrzymywało się małą maturę, a ja właśnie byłam w trzeciej klasie. W Warszawie nie było tego rodzaju szkoły, a od nowego roku będę chodziła do ogólniaka. Jakoś po świętach Bożego Narodzenia cała nasza rodzina opuściła Łódź, rozjeżdżając się w różne strony. Zostałam tylko ja.

W tym ostatnim okresie naszego pobytu w Łodzi nastąpiły też duże zmiany w rodzinie Kauerów, z którymi i ze Świetlicą Robotniczą dzieliliśmy wspólne mieszkanie przy ulicy Drewnowskiej na terenie fabryki Gama. Panna Lola, jedyna córka państwa Kauerów, przestała być panną. Wyszła za mąż. W Świetlicy Robotniczej odbyło się huczne wesele, jak przystało na dyrektorską córkę. Alkohol lał się strumieniami, potem na podwórku przed domem odbyła się bójka i ktoś nawet został ugodzony nożem. Wiem to tylko z domowych opowieści, nie mogłam sama zaobserwować, bo Mama zakazała nam wychodzenia na korytarz.

Drugim wydarzeniem, które mocno wstrząsnęła rodziną Kauerów, było aresztowanie pana Kauera. Pan Kauer nie tak dawno awansował z robotnika na dyrektora fabryki Gama – był to awans bezsprzecznie zasłużony. Władza ludowa postanowiła przecież, że wystarczy być poprawnym IDEOLOGICZNIE, by sprostać najpoważniejszym przedsięwzięciom. Robotnik powinien mieć prawo do natychmiastowego awansu. Cóż, kiedy po zaledwie paru latach tego dyrektorowania okazało się, że w fabryce powstały poważne malwersacje. Odbył się proces, w którym obrońca stwierdził, że to nie pan Kauer powinien stać przed sądem, ale ci, którzy zrobili dyrektorem analfabetę. Po zwolnieniu z aresztu pan Kauer szybko dostał nowe zatrudnienie. Dzięki swojej potężnej posturze bez problemu dostał pracę w jakiejś knajpie na Kilińskiego, jako „wykidajło”.

To mieszkanie u Cioci było dla mnie bardzo trudnym okresem. Wprawdzie miałam o wiele bliżej do szkoły, ale żadnej prywatności. Spałam w przejściowym pokoju, jakimś mrocznym, zagraconym ogromnymi skrzyniami, w którym gromadził się cały dobytek wujostwa przywieziony z Wilna. Pośrodku wielki stół, przy którym jadano posiłki i mogłam też odrabiać lekcje. Na moje szczęście w szkole była duża świetlica, więc przesiadywałam w niej do wieczora, unikając tym sposobem konwersacji z Ciocią i wysłuchiwania jej uwag na mój temat, opinii na temat złych wpływów koleżanek, których nawet nie znała. Prawie w każdą sobotę po lekcjach jadę do Warszawy − teraz tylko niedziele spędzam we własnym domu.

W szkole też się wiele zmieniło, koleżanki gwałtownie wydoroślały, a ja ciągle byłam od nich dużo młodsza. Czekałam z utęsknieniem końca roku szkolnego. Nie żal mi było rozstania z Łodzią. Po wakacjach spędzonych u Dziadka w Szczecinku i na koloniach w Ustce, na których byłyśmy z Irenką, wyruszyłam do nowej, warszawskiej szkoły. TPD 9 (Towarzystwo Przyjaciół Dziecka), szkoła była blisko, w domu naprzeciwko. Nikt się nie zastanawiał nad wyborem lepszej czy gorszej szkoły. Była blisko i już.