Opinogóra, na dachu kościoła

Szóstego lutego 1956 wieczorem, tuż po dzienniku, telewizja polska wyemitowała pierwsze przedstawienie Teatru Sensacji „Kobra”, no i jak się później okazało, sensacyjnych wydarzeń w tym roku nie brakło.
12 marca w Moskwie zmarł, w niezbyt jasnych okolicznościach, Bolesław Bierut. Do Moskwy udał się w lutym, by uczestniczyć w XX Zjeździe KPZR – Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego (14-25 lutego). Na zjeździe tym, nocą z 24 na 25, na tajnym posiedzeniu, Nikita Chruszczow odczytał tajny raport, ujawnił część zbrodni Stalina. Wstrząsnęło to słuchaczami, a mówiono, że Bierutem szczególnie. Jego choroba i nagłe pogorszenie się stanu zdrowia było absolutną tajemnicą, a więc śmierć była też absolutnym zaskoczeniem. Krążyły plotki, że go w tej Moskwie zabili, że do Polski trumna przyjechała w odkrytej ciężarówce, jedynie przykryta plandeką. W dniach 14 i 15 trumnę wystawiono w budynku KC PZPR (obecnie Giełda Papierów Wartościowych).

14 marca siedziałyśmy z Mirą w „gabinecie marksizmu”. Mira to moja koleżanka z grupy, z którą często wspólnie się uczymy. „Gabinet marksizmu” to mała aula w głównym gmachu Politechniki – rozstawiono w niej długie stoły i krzesła, a na postumencie umieszczono popiersie Lenina, olbrzymie, białe, chyba gipsowe; tu można w wolnym czasie między zajęciami zajmować się czytaniem, nauką lub cichą rozmową.

Tego dnia w „gabinecie” najważniejszym tematem był Bierut – dotarła wieść, że pod gmachem KC gromadzą się nieprzebrane tłumy, że mimo marnej marcowej pogody stoi parokilometrowa kolejka. Jedni stoją z żalu, inni, by nareszcie zobaczyć go w trumnie. Postanowiłyśmy i my zobaczyć z bliska satrapę, jakby upewnić się, że naprawdę nie żyje. Zawiadomiłam rodzinę, że będę spała u Miry, wyruszyłyśmy o 4-tej rano i dzięki temu już po prawie dwóch godzinach przemaszerowałyśmy koło trumny.

Stanowisko pierwszego sekretarza tymczasowo zajął Ochab. Powoli zaczynał się oddalać stalinizm. 11 kwietnia został uwolniony i zrehabilitowany skazany na dożywocie Stanisław Skalski. 15 kwietnia ogłoszono amnestię, 23 kwietnia zostali aresztowani dwaj najwyżsi funkcjonariusze bezpieki.

Rok 56. był ogromnie ważny dla Irenki – przygotowania do matury i przygotowania do egzaminu na studia. Irenka postanowiła rozpocząć studia w Łodzi w Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych. W ramach przygotowań do studiów uczęszczała sumiennie na zajęcia w MDK-u (Młodzieżowym Domu Kultury), równie sumiennie chodziłam też ja i zaczął również chodzić Andrzejek. W tygodniu były zajęcia z rysunku, a w niedzielę malarstwo – poznawaliśmy skomplikowaną technikę laserunku. Państwo Wdowiszewscy to byli wspaniali ludzie, życzliwi, pogodni, kochający swoją pracę.

On, starszy pan z niewielką bródką, zawsze milczący. Korekty też odbywały się bez słów, stawał z boku, patrzył na rysunek, czasem coś wskazywał dłonią i czekał, aż autor sam zauważy błędy.

Ona, drobna siwa pani z mocnym makijażem oczu, chętna do rozmów, zawsze uśmiechnięta, z dużym poczuciem humoru. Zachęcała do robienia szkiców, do przygotowywania kompozycji, do interesowania się historią sztuki. Pamiętam organizowane przez nią wspólne wycieczki naszej artystycznej grupy: do Muzeum Narodowego na wystawę Rembrandta, do Opinogóry… W czerwcu zaproponowała dołączenie do pleneru w Kazimierzu organizowanego dla młodzieży z Liceum Plastycznego – zdecydowałam się natychmiast. Irenka niestety nie uczestniczyła w opinogórskiej wycieczce, nie mogła też pojechać na plener, odbywał się on w czasie matur.

Zaraz po maturze trzeba było załatwiać formalności związane z przyjęciem na studia. Pani Wdowiszewska starannie kompletowała prace Irenki, do teczki, którą to ja miałam zawieźć do Łodzi, dorzuciła kilka moich plenerowych szkiców, bo uważała, że szkice się przydadzą, a Irenki byłyby podobne.

Wakacje 56. miałam spędzić na budowie, na praktykach w charakterze technika budowlanego. Zostałyśmy z Mirą skierowane do Jeziornej, na rozbudowującą się fabrykę papieru. Rozpoczęcie rozbudowy przewidywano najwcześniej w sierpniu, ale robotników trzeba było zatrudnić od czerwca, bo potem już by się ich nie znalazło. Wprawdzie jeszcze nie pracowali, ale trzeba było im płacić, więc nam, praktykantkom, przypadło, oprócz robienia gazetek ściennych, przygotowanie podstawy do wypłaty. Pracowicie wyszukiwałyśmy w cennikach roboty zanikające: wykopano rów, zasypano rów, postawiono płot, rozebrano płot… Ewentualne kontrole nie mogą się do niczego przyczepić, ale w dniu wypłaty pan kierownik zakazał nam wychodzić z budynku, pod oknami gromadzili się robotnicy, chyba niezachwyceni efektami naszej pracy.
W sierpniu niespodziewanie zachorowałyśmy z Irenką na zakaźną żółtaczkę (była epidemia) i znalazłyśmy się w szpitalu, w 28-mio osobowej sali, na ścisłej diecie, z zakazem wychodzenia do ogrodu w obawie przed rozprzestrzenianiem się zarazy. Na każdym piętrze w szpitalu leżeli chorzy na inny rodzaj zakaźnej choroby, a w ogrodzie żółtaczka mogłaby spotkać się z czerwonką. Wyjątek od zakazu opuszczania budynku stanowiło uczęszczanie do kaplicy, tam jakoś te choroby na siebie nie działały. Natychmiast stałyśmy się bardzo nabożne.