Szkoła na Księżym Młynie
Z początkiem roku 48 zostałam przyjęta do harcerstwa. Nareszcie miałam dostateczną ilość lat i spełniło się moje marzenie. W roku tym kończyłam szkołę podstawową. Nie byłam nigdy zbyt pilną uczennicą, ale kolega Brejnakowski był najlepszym uczniem w klasie. Siedział na ostatniej ławce w moim rzędzie i zawsze wszystko wiedział, zawsze się wymądrzał. Nie mogłam tego znieść, więc postanowiłam, że będę od niego lepsza. Kosztowało mnie to trochę trudu, ale wyszło… Skończyłam szkołę z wyróżnieniem jako najmłodsza, najmniejsza i zarazem najlepsza w klasie.

Szkoła na Księżym Młynie
Jesienią wyruszam do nowej szkoły. Nie chciałam iść do ogólnokształcącej mieszczącej się w tym samym budynku co podstawowa. Oznajmiłam rodzicom, że chcę iść do szkoły handlowej na Księżym Młynie, zgodzili się. Po przejściu egzaminu kwalifikacyjnego zostałam przyjęta. Jak się później okazało byłam najmłodszą i najmniejszą uczennicą przyjętą do szkoły tego roku.
Szkoła na Księżym Młynie istniała tu od przed wojny. Wybudowana w osiedlu robotniczym przy fabryce Karola Scheiblera, świetnie wyposażona; duże klasy, duża sala gimnastyczna, obszerne sale rekreacyjne, pracownie przedmiotów zawodowych: towaroznawstwa, reklamy, stenografii, sala maszyn – uczyłyśmy się maszynopisania na maszynach ze ślepą klawiaturą, a także sala fizyki, sala chemii. Nauczyciele też byli przedwojenni, wspaniała kadra, ludzie z wielką kulturą. Osobą odstającą od reszty grona był nasz profesor matematyki. Przywędrował do Polski z armią Berlinga , jak mówiono pełnił w wojsku rolę politruka (polityczeskij rukowaditiel czyli oficer polityczny). Metody pracy zdobyte w pełnieniu tej ekskluzywnej funkcji w sowieckich wojskach stosował w pracy z młodzieżą. Na pierwszej lekcji matematyki musiałyśmy wypisać swoje imię i nazwisko na kartce formatu A4. Kartki te pan profesor włożył do potężnego segregatora, który przyniósł ze sobą i z którym potem przychodził na każdą lekcję. Na jego lekcjach musiała panować niemal absolutna cisza i absolutnie nie tolerowane były jakieś śmiechy. Za odstąpienie od tych rygorów czekały różnego stopnia kary: od najniższej – stanie w ławce, do wyższych – stanie w kącie, wyrzucenie za drzwi, ale też był specjalny rodzaj kary – dodatkowy wpis na znajdującej się w segregatorze stronie z nazwiskiem ukaranej uczennicy. Padały pytania: imię ojca, co robi, co robił w czasie wojny, co robił przed wojną, imię matki, nazwisko panieńskie, co robi… Jak ważną była prawdomówność w podawaniu tych danych przekonała się Tereska. Teresa była sierotą, opiekowała się nią jedynie starsza siostra. Kiedy Teresa wystąpiła o stypendium, pan profesor awansował właśnie na wicedyrektora szkoły i to właśnie on decydował o przydziale stypendiów. Zawezwał siostrę Tereski, otworzył swój segregator i zadał te same pytania, na które przed rokiem odpowiadała Teresa traktując to jak świetną zabawę, bo mówiła co jej w tamtym momencie przychodziło do głowy. No cóż, mimo bardzo marnej sytuacji materialnej stypendium nie otrzymała.






Zdjęcia w galerii pochodzą z pamiątkowego zeszytu wydanego
w 1948 roku na dwudziestopięciolecie istnienia szkoły
Wraz ze zmianą szkoły zmieniłam harcerską drużynę. Jesienią 1948 r. rozpoczęła się stopniowa likwidacja Związku Harcerstwa Polskiego działającego na zasadach Baden-Powellowskiego skautingu. Z władz harcerskich sukcesywnie byli odwołani niegodzący się na zmiany instruktorzy. W grudniu 1948 r. narada nowych komendantów chorągwi zdecydowała o zerwaniu z tradycją skautową. Organizacja harcerska zaczęła się upodabniać do organizacji pionierskiej działającej w ZSRS. Znikają harcerskie krzyże i harcerskie lilijki, harcerskie chusty otrzymują wyłącznie kolor czerwony, a we wrześniu 1949 okazało się, że drużyny harcerskie mogą być tylko w szkołach podstawowych, a więc moja drużyna przestała istnieć.
Wobec zaistniałej sytuacji część instruktorów i harcerzy zeszła do podziemia, tworząc tzw. drugą konspirację harcerską. W Łodzi zaczyna działać tajny hufiec. Rozpoczął się najczarniejszy okres powojennej Polski…




