Chyba jakoś w środku lata odwiedził Tatę doktor Dudzicz, kolega „spod celi”. Poznali się i zaprzyjaźnili w 1940 roku, siedząc we wspólnej celi w wileńskim więzieniu na Łukiszkach, osadzeni przez sowieckie władze na fali aresztowań wileńskiej inteligencji.

Pan Dudzicz mieszkał obecnie w Łodzi i przy każdej swojej warszawskiej wizycie odwiedzał naszego Tatę. Jak zwykle przyszłam się przywitać, a on jak zwykle wypytywał, co też u nas nowego. Opowiedziałam o zamążpójściu, o własnym mieszkaniu, a Tata dodał ze smutkiem, o porzuconych studiach niemal przed samych ich końcem. Wytłumaczyłam czym prędzej, że kończenie ich jest dla mnie zupełnym bezsensem, bo i tak w tym, niemal wyuczonym, zawodzie nie będę pracować, ani w biurze, ani na budowie.

Pan doktor wysłuchał całej opowieści, pomilczał przez chwilę i zapytał spokojnie: „A czy myślałaś o szkole? Przecież mogłabyś uczyć w szkole przedmiotów ścisłych czy przedmiotów zawodowych. Nie ma pracy za biurkiem i są długie wakacje i święta”.

Pomysł ten wydał mi się interesujący. Sama na to nie wpadłam.

Ponieważ moja przerwa w studiach trwała prawie dwa lata, zaczęłam przygotowania do egzaminu sprawdzającego ze statyki. We wrześniowym terminie chyba nikt nie zdał tego egzaminu, nawet nasz asystent nie bardzo wiedział. o co chodziło profesorowi przy układaniu zadań egzaminacyjnych. Niezniechęcona tą porażką, podjęłam kolejną próbę za parę miesięcy, no i znów byłam studentką. Zdałam ostatni egzamin brakujący do absolutorium.

Wybrałam Katedrę Architektury Przemysłowej profesora Sienickiego. Architektura była najbliższa moim zainteresowaniom, no i za poradą Taty temat „Fabryka cukierków”. Temat ten nie był przypadkowy, bo projekt fabryki musiał powstawać na podstawie technologii produkcji projektowanego zakładu, a o wytwarzaniu cukierków Tata wiedział wszystko.

Oprócz znajomości technologii, projektu architektonicznego, obliczeń części konstrukcji żelbetowej musiałam też przygotować plan generalny całości. Zaplanować budynki pomocnicze, drogi wewnętrzne, budynki socjalne… Nie było na ten temat żadnych opracowań, ale na moje ogromne szczęście był pan Borys.

Borys Głuszenko, przyjaciel Taty, kolega z Wileńskiej Szkoły Technicznej, całą wojnę przetrwał w Związku Sowieckim. Kiedy po wojnie udało mu się przybyć do Polski, zamieszkał w Warszawie ipracował w biurze projektów specjalizującym się w budownictwie przemysłowym na eksport do krajów Dalekiego Wschodu. Pan Borys był specjalistą od planów generalnych, budował cukrownie w Wietnamie, w Chinach…

Aktualnie z powodów zdrowotnych przebywał w domu i to moje pojawienie się z „problemami dyplomowymi” bardzo go ucieszyło, zaprosił na konsultacje. Przychodziłam więc zdobywać niezbędne mi informacje, a on opowiadał barwnie i interesująco o założeniach planów generalnych.

W naszym mieszkaniu pojawiła się deska kreślarska, wyciągnęłam z głębi szuflady suwak logarytmiczny, ekierki, cyrkle, kątomierze, krzywiki, ołówki 2H, grafiony, piórka, zakupiłam tusz, arkusze kalki technicznej (obawiam się, że definicje niektórych wymienionych tu przedmiotów obecnie trzeba wyszukiwać w Wikipedii) i zaczęłam rozmyślać nad rozpoczęciem projektu.

Przygotowałam szkice, zgodnie z technologią ustalałam powierzchnie niezbędne do poszczególnych procesów produkcji. Teraz przyszło opracować formę architektoniczną i wykreślić wszystko na kalce. W czasach przedkomputerowych było to mozolne zajęcie. Rysunek najpierw w ołówku, dokładny, w skali. Potem pociągnięcie go grafionem w tuszu. Precyzyjne nakładanie tuszu do grafionu specjalnym piórkiem (to mikrostalówka na patyczku). Uregulowanie grubości kreski przez odpowiednie dokręcenie śrubki. Każda niewłaściwie wstawiona kreska oznaczała misterne wyskrobywanie żyletką. Grube – linie konstrukcji, cieniuteńkie – linie wymiarowe, a potem ręcznie wykonywane opisy piórkiem, pismem technicznym. No i korekta u profesora, sugestie zmian, propozycje poprawek i rysowanie od nowa, i kolejna korekta…

Oprócz rysunków architektonicznych jeszcze rysunki konstrukcyjne, poprzedzone obliczeniami przy użyciu suwaka logarytmicznego. To, o czym tu piszę, to jakby opowieści z prehistorii.

Jednak po roku tej dłubaniny, zakłócanej przez życie towarzyskie, udało mi się to dzieło zakończyć. Pozostało przygotować się do obrony. Właśnie rozeszła się po wydziale wieść dość humorystyczna, że nasza koleżanka Mieczysława, nazywana powszechnie Miecią, oblała obronę. Otóż zapytana przez jednego z egzaminatorów „Co to jest papa”, nie znała odpowiedzi, toteż komisja uznała, że brak wiedzy o tak podstawowym materiale budowlanym dyskwalifikuje inżyniera. Przeczytałam więc starannie wszystko o papie. Jakież było moje zdumienie, kiedy na mojej obronie pojawił się ten sam pan profesor i padło to same pytanie. Odpowiedziałam tak szczegółowo, wzbudzając niewątpliwy zachwyt komisji, że już więcej pytań mi nie zadano. I tak w marcu roku 1963 zostałam inżynierem magistrem inżynierii budowlanej.