Był naszym dosyć bliskim sąsiadem. Mieszkał w domu na rogu Oboźnej i Karasia naprzeciw Teatru Polskiego, w kamienicy, której udało się uniknąć wojennej zagłady. W dużym niegdyś mieszkaniu zajmował niewielki pokoik. W ciepłe letnie dni można go było spotkać na murku przed „Harendą”, bywał na piwku u Babci Gawlikowskiej czy „Pod Chrystusem”, pijał wódkę w „Staropolskim”, siadywał w kawiarence „U Artystów”. Malował portrety, czasem pejzaże i otrzymywał poważne zlecenia na wykonywanie tabliczek BHP-owskich.

Alf Medem Bobrowski, według jego opowieści, pochodził ze szlachty kurlandzkiej. Rodzice mieli majątek na kresach, gdzieś na Podolu czy Podlasiu. Przyszła wojna. Cały wschód Polski został zajęty przez sowiecką armię i wcielony w obszar Związku Radzieckiego. Kiedy zaczęły się wywózki Polaków w głąb Sowietskogo Sojuza, jego rodzina została pozbawiona majątku i wywieziona na Syberię, a może do Kazachstanu i gdzieś tam pewno zginęła lub pozostała. Jemu udało się opuścić ten gościnny kraj dopiero z wojskami Berlinga. Przemaszerował od Lenino do Berlina. Z tego czasu pobytu w Kraju Rad słyszałam tylko jedną opowieść – o tym, jak zbierał bukowe orzeszki w celach konsumpcyjnych…

Do Polski wrócił w oficerskim mundurze i w tym mundurze wkroczył w progi Krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Postanowił zostać artystą. By potwierdzić swoje staranne przygotowanie do rozpoczęcia studiów, położył na stole pistolet. Przyjęto go bez zastrzeżeń, jak bohatera wojennego. Studiował malarstwo…

Okres Bieruta był okresem jego największej prosperity. Zamieszkał w Warszawie w domu Wedla, zajmował się projektowaniem pochodów pierwszomajowych i malowaniem portretów „wodzów narodu”. W dobie socrealizmu był osobą szanowaną.

Zdarzyło się, że pewne ministerstwo podjęło zobowiązanie na majowe czy też lipcowe święto udekorowania portretem Bolesława Bieruta najwyższego w owym czasie budynku w Polsce, będącego przed wojną siedzibą Prudentialu, przekształconego na hotel Warszawa. Portret miał mieć wysokość paru pięter i było to na owe czasy niemal nieosiągalne przedsięwzięcie. Uznano, że jedynie Alf może podołać wykonaniu tego wiekopomnego działa.  Przybył więc do Alfa dyrektor departamentu, przynosząc ze sobą elegancką walizeczkę. W walizeczce mieścił się dodatkowy argument zachęcający do przyjęcia tego ekskluzywnego zlecenia. Walizeczka była pełna butelek wytwornych alkoholi. Otworzył ją z namaszczeniem ze słowami: „Mistrzu, nie wiem, co pan pije, więc przywiozłem do wyboru”.

Mistrz zlecenie przyjął. Wynajął hangar lotniczy, zbudowano w nim rusztowanie, szkic portretowy został podzielony na precyzyjne kratki, wynajęto człowieka, który pod okiem Mistrza, przesuwając się po rusztowaniu, zamalowywał odpowiednie kwadraty na zszytym z ogromnych płatów płótna prostokącie…

Podziwiałam ten portret z naszych okien na Kopernika przez kilka tygodni (jeszcze wtedy nie znając Autora).

Foto. Mieczysław Bukowczyk

Innym interesującym wydarzeniem z tego okresu w życiu Alfa, o którym chętnie opowiadał, było jakieś zlecenie w Kołobrzegu. Po skończonej pracy zasiadł w knajpce, by zregenerować siły. Obok biesiadowała grupa oficerów Armii Czerwonej. Przysiadł się do nich, a gdy dowiedzieli się, że jest weteranem Ojczyźnianej Wojny, ich radość ze spotkania była tak ogromna, że Alfowi „urwał się film”… Gdy obudził się około południa, nie mógł zorientować się, gdzie się znajduje. Pokój był dość duży, z łazienką, tyle że nie był to hotel, a za oknem na placu przed domem zobaczył żołnierzy w sowieckich mundurach. Drzwi do pokoju otworzyły  się i wszedł sowiecki żołnierz z jego odczyszczonym i odprasowanym ubraniem. Gdy zdumiony Alf zapytał: „Gdzie ja jestem?”, usłyszał w odpowiedzi: „Mnie nie nada gawarit, budtie gatowi w tritsat minut”.

Za pół godziny przyszedł ten sam żołnierz i zaprowadził Alfa do, jak się okazało, komendanta garnizonu. 

„Wiecie, gdzie jesteście?” − zapytał komendant. Alf zgodnie ze swoją wiedzą odpowiedział: „W Kołobrzegu”. „Nie − powiedział komendant. − Jesteście w Mińsku”.

Jak się okazało, w trakcie kołobrzeskiej libacji Alf zwierzył się kompanom, że nigdy nie latał samolotem. Kolacja ta była pożegnalną dla towarzyszy wracających do Mińska, do rodzimego garnizonu. Więc żeby uświetnić ten dzień, zabrali ze sobą niezbyt „kumającego” Alfa na lotnisko i zafundowali mu pierwszy w życiu przelot samolotem.

Komendant był bardzo kurtuazyjny w stosunku do towarzysza broni, ugościł obiadem, a potem Alf, już na trzeźwo, wrócił do Kołobrzegu drogą lotniczą.

Gdy przed odlotem zapytał komendanta, czy może się pożegnać z poznanymi wczoraj sympatycznymi oficerami, ten powiedział: „Nie, oni już są bardzo, bardzo daleko stąd…”.

Czasy „odwilży gomułkowskiej” stały się końcem złotej epoki dla twórców realizmu socjalistycznego, skończyły się też dla Alfa państwowe zamówienia.

Poznałam go, gdy już mieszkał w tym maleńkim pokoju naprzeciw Teatru Polskiego. Zawsze w czarnym garniturze, ciemno-białej koszuli (ten odcień bieli zawdzięczała rzadkim kontaktom z wodą z mydłem) i czarnych pantoflach. Zimą nosił obszerny czarny płaszcz i duży, z fantazją zakładany czarny beret – podkreślający przynależność do artystycznej bohemy.

Mówił śpiewnym rosyjskim akcentem. Miał nienaganne maniery, a gdy ktoś za mocno gestykulował, upominał go delikatnie: „Nu, nie machaj rączką”.

Niekiedy recytował Jesienina… czasem też własne „utwory poetyckie”, jak ten:
„To nie Paryż… nie Londyn… nie Rzym…
to Warszawa… … Radom Europy”.

Na produkcji tabliczek zarabiało się wtedy niezłe pieniądze. Pamiętam, jak ze świeżo odebraną wypłatą przyszedł do nas i poprosił, żeby pójść z nim do PDT-u (Państwowy Dom Towarowy), chyba jedynego w owym czasie marketu w centrum, po zakupy odzieżowe. Zostały nabyte nowy czarny garnitur, nowa biała koszula i nowe czarne pantofle. Stary zestaw został natychmiast wyrzucony. W podzięce za pomoc w zakupach zaprosił nas na obiad do jakiejś restauracyjki na Krakowskim Przedmieściu. Był to bardzo sympatyczny wieczór. Alf był zachwycony swoimi nowymi szatami i tym, że pozostało mu jeszcze sporo pieniędzy.
Niestety, następnego dnia udał się jak zwykle na obiadek do „Staropolskiego”, rozsiadł się przy stoliku, zamawiając wódeczkę i golonkę z musztardą. Kiedy poinformowała go kelnerka, że nie ma musztardy, zaordynował nienerwowo: „Nu, to proszę pójść do sklepu obok i kupić”. Po chwili jednak musztarda się odnalazła i mógł ze spokojem zająć się konsumpcją. Znał tu niemal wszystkich i chętnie podejmował bardziej i mniej znajomych. Pieniądze umieszczone w tylnej kieszeni spodni, nie używał żadnych portfeli czy torebek, niespodziewanie znikły… No i zaczęło się, jak zwykle, bezpieniężne życie w oczekiwaniu na nowe tabliczkowe zlecenie.

Alf był malarzem realistą. Nie interesowały go żadne nowe, bardziej lub mniej ekstrawaganckie kierunki malarskie. Malował bardzo precyzyjne, realistyczne portrety olejne. Kiedy w jakiejś rozmowie powiedział, że chciałby namalować mój portret, Miecio od razu wpadł na pomysł, że bardzo by taki portret pasował do posiadanej przez nas pięknej złotej ramki. Ramkę nabyliśmy chyba przed rokiem u ramiarza na Śniadeckich. Stała na wystawie i bardzo nam się spodobała, miała być wykorzystana do dekoracji wnętrza urządzanego przez nas klubu na Foksal, ale zrobiło nam się jej żal i została z nami. Ramka była nieduża, więc Alf nie był zachwycony, bo on najchętniej malował portrety naturalnej wielkości, ale poświęcił się dla ramki. Zażyczył sobie, żebym była ubrana na czerwono. Miałam na szczęście bardzo piękną czerwoną garsonkę z któregoś pokazu „Mody Polskiej”. Odbyły się dwie sesje pozowania i stałam się posiadaczką, moim zdaniem, ślicznego portreciku.

Portret mój

Nasze kontakty z Alfem urwały się, kiedy niespodziewanie utracił ten swój pokoik na Oboźnej.

Według jego opowieści było to wynikiem splotu dziwnych i niekoniecznie przypadkowych zdarzeń. Jak mówił, to ojciec jego narzeczonej, który za nim najwyraźniej nie przepadał, jadąc samochodem i zobaczywszy go na ulicy, specjalnie go potrącił. Alf znalazł się w szpitalu, a w tym czasie współmieszkańcy postanowili powiększyć zajmowaną przez siebie powierzchnię. Kiedy wrócił ze szpitala, nie miał już swojego pokoju i w efekcise znalazł się gdzieś na odległej Pradze.

Pisząc tę opowieść o Alfie, pozbierałam zdjęcia malowanych przez niego portretów moich przyjaciół. W Googlach, ku mojemu zaskoczeniu, po kliknięciu „Alf Bobrowski” ukazały się w miejsce obrazów Alfa rysunki mojego męża Mieczysława Bukowczyka, które prezentowałam przed paru laty na prowadzonym przeze mnie „portalu mini”.