ŚWIECZNIK z KROWĄ (drzewo lipowe)

30 maja roku 1965, a więc przed niemal przed 55 laty, Miecio czyli mąż mój Mieczysław Ignacy Bukowczyk rozstał się z pracą w fabryce „22 lipca dawniej E. Wedel”, zakończył karierę projektanta papierków do cukierków.

Zajął się teraz Miecio poszukiwaniami nowych form działalności artystycznej. Zaczęły powstawać niewielkie drewniane rzeźby sprzedawane w salonach Desy – precyzyjnie doszlifowywane drewniane figurki, niestety tylko zaledwie parę tych małych dziełek zostało uwiecznionych na fotografii. Powstała seria linorytów, z braku prawdziwego linoleum wycinanych na niedużych płytkach PCV. Powstały też niewielkie obrazki – rodzaj asamblaży. Te ostatnie nie przetrwały próby czasu.

Zaczęły się też rozmyślania nad znalezieniem stałej pracy, bardziej atrakcyjnej, bardziej rozwijającej możliwości, a na razie wyszukiwanie najrozmaitszych prac zleconych i poszukiwanie wspólników z uprawnieniami do ich wykonywania. Miecio, mimo posiadania wszechstronnych umiejętności, nie miał w owym czasie żadnych oficjalnych dokumentów potwierdzających tych umiejętności posiadanie, a bez tego nie można było zawrzeć żadnej oficjalnej umowy.

Najciekawszym i najbardziej chyba ambitnym zleceniem było przygotowanie wystawy fotograficznej na zlecenie państwa Kempliczów. Pan Kemplicz był dawniej attaché kulturalnym w Indiach. Jego żona, dziennikarka, podróżowała po Indiach z aparatem fotograficznym, robiąc zdjęcia świątyń, wspaniałych pałaców. Otrzymaliśmy zwoje filmów i teraz w naszej niezbyt dużej łazience zaczęły powstawać fotogramy wystawowe. Miecio siedział godzinami przy powiększalniku, naświetlając poszczególne klatki filmowe, robiąc próbki, doświetlając niektóre fragmenty, a ja, pochylona nad kuwetą z wywoływaczem, patrzyłam uważnie, jak wyłaniały się na papierze obrazy tych niesamowitych budowli, pilnowałam, by w odpowiednim czasie przerwać proces wywoływania i przerzucić zdjęcie do wody. Pozostawał jeszcze proces suszenia zdjęć na suszarce i należący do mnie retusz, tak zwane plamkowanie. Cieniutkim miękkim pędzelkiem zwilżonym śliną nabierało się odrobinę specjalnego czarnego chińskiego tuszu sprzedawanego w niewielkich sztabkach i precyzyjnie zamalowywało się tym tuszem wszelkie niedoskonałości odbitki – białe punkciki powstałe z niezauważalnych pyłków na kliszy, białe kreseczki z zadrapań emulsji fotograficznej. Była to praca żmudna, wymagająca precyzji i cierpliwości, ale ja ją lubiłam.

Ta praca nad zdjęciami pani Kemplicz to było moje pierwsze zetknięcie z kulturą Indii.

Wystawa miała być eksponowana w klubie indyjskim przy ulicy Wierzbowej. Trzeba było tu rozplanować rozwieszenie fotogramów i potem je rozwiesić. Prace nad ekspozycją wymagały przychodzenia do indyjskiego klubu, a tu w bufecie serwowano kari i to było też pierwsze zetknięcie ze sztuką kulinarną Indii.

Innym interesującym zleceniem wykonywanym we współpracy z Rysiem Antonowiczem było odświeżenie eksponatów w Muzeum Dinozaurów w Pałacu Kultury i Nauki. Praca polegała na odkurzeniu i ewentualnych poprawkach uszkodzeń. Nie wiem, czemu pracę tę należało wykonać w nocy. Zakończyliśmy to niezwykłe dzieło o czwartej nad ranem i udaliśmy się do windy (muzeum mieściło się na czwartym piętrze). Kiedy otwarły się drzwi windy, ze zdumieniem zobaczyliśmy w jej wnętrzu leżącą, na równo ustawionych czterech krzesłach, kobietę w papilotach. Spojrzała na nas sennie i powolnie, nie ruszając się z miejsca, kijem od szczotki przycisnęła odpowiedni przycisk. Drzwi się zamknęły, winda ruszyła w dół.

Najdziwniejszym zleceniem było wykonanie tablicy demonstracyjnej dla Katedry Taktyki Tyłów Wojskowej Akademii Politycznej. Do pracy tej wciągnął nas Jędruś Migdal, który był tu zatrudniony na etacie plastyka. Wykonywał gazetki ścienne, dekoracje okolicznościowe, podobno także rysował mapy. Ta tablica demonstracyjna to były dwie ogromne płyty z grubego szkła pomalowane dość grubą warstwą czarnej farby. Należało w twardej skorupie tej farby wydrapać niewielkim rylcem odpowiedni rysunek – linie dróg wycofywania się wojsk pomocniczych w razie ataku wroga, punkty wybuchów pocisków. Praca to była żmudna i wyjątkowo nieatrakcyjna. Otrzymaliśmy przepustki zezwalające na przekroczenie progów uczelni. . Co dzień po zakończeniu zajęć w szkole jechałam tramwajem na Plac Narutowicza i pierwszą czynnością, jaka mnie oczekiwała zaraz po sprawdzeniu przepustki przez strażnika, było ustalenie, w którym z trzech barów rozsianych po gmachu uczelni zasiadają tego dnia Miecio z Jędrusiem. Moje pojawienie się oznaczało koniec sjesty i kontynuację żmudnych robót. Jędruś, wieczny fantasta, dla umilenia pracy opowiadał mi codziennie o swoim jamniku, bardzo sympatycznym Kraku kulejącym na jedną łapkę. Ja przecież też miałam jamniczkę, piękną, długowłosą, rudą Fedrę. Powstało więc takie braterstwo miłośników jamników, tylko że gdzieś po dwóch tygodniach okazało się, że Krak był jamnikiem wirtualnym, całkowicie przez Jędrusia wymyślonym.

Wraz ze zniknięciem Jędrusiowego jamnika odeszła Jędrusiowi chęć do zajmowania się tablicą demonstracyjną. Zrezygnował nagle. Następnego dnia zrezygnował też Miecio. W tej sytuacji stało się oczywiste, że tablica nie zostanie dokończona i nie ma co liczyć na otrzymanie za nią jakichkolwiek pieniędzy. Zrozpaczony nasz zleceniodawca, major Chrapkowski, próbował nocą pociągnąć tę robotę samodzielnie, bo przecież tablica musiała zawisnąć na ścianie gabinetu. Miały się za nią zapalać małe kolorowe lampki, pokazując studentom kolejne etapy działań wojskowych. Wszystko było starannie obmyślone przez majora i jego szefów. Niestety usiłowania majora nie przyniosły spodziewanych przez niego rezultatów, nie dał rady. Jedynym wybawieniem w tej trudnej dla niego sytuacji pozostawałam ja. Uprosił mnie niemal na klęczkach, żebym skończyła tę pracę samodzielnie. No cóż, zgodziłam się i tak przez następne dwa tygodnie, codziennie po szkole, przyjeżdżałam na Plac Narutowicza i już bez odwiedzania barów kończyłam to wiekopomne dzieło, a Miecio w tym czasie wycinał cienkie kreseczki w płytkach PCV.

15 maja 1967 został Miecio zatrudniony na pełnym etacie w miesięczniku społeczno-kulturalnym „Nasz Klub” i otworzyła się nowa karta w Mieciowym życiorysie – DZIENNIKARSTWO.