W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku posiadanie aparatu fotograficznego należało do rzadkości. Rzecz w dzisiejszych czasach właściwie niewyobrażalna. Fotografią zajmowali się fotografowie. Do fotografa chodzono, żeby zrobić zdjęcie do legitymacji, zdjęcie ślubne, zdjęcie portretowe, pamiątkowe zdjęcie pozowane, zdjęcie z okazji pierwszej komunii czy zdjęcie niedawno urodzonej małej dzieciny. Nieliczni posiadacze aparatów fotograficznych koncentrowali się głównie na robieniu zdjęć pamiątkowych, a bardzo nieliczni hobbyści starali się je wywoływać samodzielnie.

Byli też wielcy i nieco mniejsi FOTOGRAFICY artyści, tworzyli DZIEŁA i FOTOGRAMY, ale miało się to nijak do istniejącej obecnie rzeszy dziesiątek, setek tysięcy, a pewnie milionów instagramerek i instagramerów, z których każde czuje się artystą.

Miecio też zajmował się fotografią artystyczną. Prace swoje podpisywał Mieczysław Bukowczyk, pomijając drugie imię Ignacy (jakoś zupełnie nie przepadał za ty drugim imieniem). Miecio w dziedzinie fotografii miał przygotowanie teoretyczne i praktyczne. Niemal ukończone pomaturalne studium fotograficzne w Warszawie przy ulicy Spokojnej dało solidne podstawy rzemiosła fotograficznego, a potem EOS – Eksperymentalny Ośrodek Sztuki, szkoła artystycznej fotografii założona przez Witolda Dederko.

Chyba już z pierwszej otrzymanej pensji projektanta papierków do cukierków w fabryce „22 lipca, dawniej E. Wedel” zakupił na raty lustrzankę dwuobiektywową „Start”. A kiedy tylko staliśmy się właścicielami mieszkania w domu na ulicy Kopernika, zaczęło się urządzanie ciemni fotograficznej w naszej niezbyt dużej łazience. Gromadzenie niezbędnego sprzętu w miarę dopływu pieniędzy: koreksy do wywoływania filmów, powiększalnik, kuwety – dwie małe i jedna duża, szczypce fotograficzne i wreszcie specjalna suszarka.

Miecio nie robił zdjęć pamiątkowych. Każda jego fotografia była przemyślana, może nie zawsze doskonała, bo lubił eksperymentować. Powstał cykl moich portretów. Powstawały czasami portrety naszych przyjaciół, zdjęcia plenerowe, migawki z ulic miasta. Niekiedy wysyłałam prace Miecia na wystawy fotograficzne, organizowane przez towarzystwa fotograficzne.

Myślał też o fotografii reklamowej. Ukończył nawet, nowo otwarte w Warszawie, studium reklamy, ale właśnie zaczęła się rozwijać fotografia barwna, a do wykonywania zdjęć w kolorze potrzebne było znacznie bardziej rozbudowane laboratorium. Jedynym zdjęciem Miecia wykorzystanym w reklamie była fotografia wykonana do plakatu firmy „Plintus”. „Plintus” był zarejestrowanym przez Rocha Rupniewskiego zespołem plastycznym. Tak chyba się nazywała ta niedawno powstała forma prawna pozwalająca zespołowi zatrudniać podwykonawców, nie wymagając od nich dokumentów zaświadczających o posiadanych umiejętnościach. Za jakość wykonanych prac odpowiadał zarząd zespołu.

Roch przybył niedawno do Warszawy z Bydgoszczy. Zamieszkał na ulicy Piwnej na starannie zaadaptowanym strychu. Miał też warsztat na Woli, gdzie wykonywał metalowe, kute świeczniki, małe, metalowe stoliczki do przechowywania czasopism, zwane gazetnikami, zdobione mozaiką ceramiczną. Pieniądze na tę warszawską inwestycję, jak mówiono, zarobił jeszcze w Bydgoszczy na produkcji wielkanocnych baranków. Na strychu na Piwnej mieściło się oficjalnie biuro zespołu, tu Roch przyjmował zlecenia na rozmaite prace plastyczne, tu przychodzili zatrudniani przez niego wykonawcy zleceń, między innymi Miecio rysował projekty opakowań mydełek, odsiwiacza, pierniczków. Tu też kwitło życie towarzyskie.

Na strychu na Piwnej odbyło się słynne przyjęcie weselne Jasia Himilsbacha, na którym zgromadził się kwiat literatury i zgodnie z życzeniem panny młodej ona miała być jedyną kobietą (no cóż, nie była dziewczyną olśniewającej urody). Dość oryginalne było też menu. Według relacji Miecia, który był wśród zaproszonych gości, składało się głównie z wódki i ogórków kiszonych. Może coś później jeszcze podano, ale Miecio do tego nie dotrwał. Jakoś szybko wrócił do domu lekko przerażony.

Zespół plastyczny „Plintus” okazał się, niestety, nieszczęściem dla Rocha. Kiedy wydawało się, że wszystko się dobrze rozwija, znalazł się ktoś, kto postanowił przejąć jego dzieło. Najpierw zaczął współpracę w zarządzaniu zespołem, wkrótce zorientował się, że Roch po alkoholu staje się agresywny wobec milicji. Jak mówili dobrze zorientowani, starannie obmyślił intrygę, zaaranżował niby przypadkowe spotkanie Rocha powracającego z jakiejś knajpy z przedstawicielem prawa. W efekcie Roch znalazł się w więzieniu. Jego żona użyła wszelkich znajomości, żeby go stamtąd wydobyć. Wyszedł warunkowo z powodu choroby, po wyzdrowieniu prawdopodobnie miał powrócić. Sytuacja go jednak przerosła, oddalił się z tego świata. Jak się okazało, połknął dużą ilość jakichś pigułek na uspokojenie i usnął na wieki.

Współpraca Miecia z zespołem „Plintus” urwała się bezpowrotnie, ale nareszcie umiejętności fotograficzne dały mu stałe zajęcie. W Korespondencyjnym Klubie Młodych Pisarzy, z którym co pewien czas współpracowaliśmy, biorąc udział w sympozjach, przygotowując stoiska na targi książki, pojawiła się Magda Czaputowicz. Magda w owym czasie pracowała w redakcji niedawno powstałego miesięcznika „Nasz Klub”, pełniła chyba funkcję zastępcy naczelnego. Redakcja miała niedobory personelu. Brakowało fotoreportera, brakowało redaktora technicznego. I tak Miecio wkrótce objął oba te stanowiska, uzupełniając w pośpiechu na jakimś kursie umiejętności niezbędne redaktorom technicznym.

„Nasz Klub”, miesięcznik pod auspicjami Związku Młodzieży Wiejskiej, był redakcją, której ambitnym zadaniem było krzewienie kultury na wsi. Niewielki zespół redakcyjny przyjął Mietka życzliwie. Wszyscy starali się jak najlepiej wykonywać swoje zadania, mieli swego rodzaju poczucie misji, potrzebę tworzenia czegoś dobrego. Wieś wtedy była zupełnie inna niż teraz.