Moje pierwsze artystyczne zdjęcie

Eksperymentalny Ośrodek Sztuki, w skrócie EOS, to nazwa utworzonej przez Witolda Dederkę szkółki fotograficznej. EOS to też imię greckiej boginki – bogini Jutrzenki. To nie przypadek, tak właśnie Witek z premedytacją nazwę swojej szkoły wymyślił. Witek marzył o stworzeniu prawdziwej szkoły fotograficznej, a EOS miał być jej zaczątkiem. Przycupnęła ta Witkowa miniuczelnia na ulicy Śniadeckich, przy powstającym Towarzystwie Fotograficznym, a Witek był jedynym w niej wykładowcą, ale On o fotografii wiedział wszystko. Fotografia była jego pasją i potrafił zarazić nią swoich uczniów. Uczył patrzeć na świat okiem kamery, mówił o technikach fotograficznych, o różnych sposobach opracowywania pozytywu i zawsze powtarzał, że prawdziwy artysta potrafi zrobić wspaniałe zdjęcie nawet najgorszym sprzętem. Dla udowodnienia tej tezy zorganizował konkurs fotograficzny na zdjęcie aparatem „Druh” – najprostszym z możliwych aparatem produkowanym przez Warszawskie Zakłady Fotograficzne z myślą o fotoamatorach. Zresztą sam posługiwał się w owym czasie niezbyt wyszukanym sprzętem. 
Miecio znalazł się w grupie laureatów tego ekskluzywnego konkursu.

Witek był wspaniałym nauczycielem, wiele mu zawdzięczam. Napisał też wiele książek – podręczników fotografii. Wśród nich znalazły się „Jak fotografować Druhem: poradnik dla najmłodszych fotoamatorów” i „Oświetlenie w fotografii”, do jej zilustrowania wykorzystał też dwa Mieciowe zdjęcia portretowe. Książka ukazała się w 1963 roku.

Jakoś niezbyt długo istniał ten EOS na Śniadeckich. Witek rozstał się z Towarzystwem Fotograficznym i spotkania miłośników fotografii odbywały się u niego w domu na Starym Mieście.

Mieczysław Ignacy Bukowczyk – RYSUNKI 1959

Miecio dużo rysuje i postanawia rozpocząć karierę literacką. Ja na moje nieszczęście posiadam maszynę do pisania i potrafię całkiem biegle się nią posługiwać, dzięki naukom w szkole handlowej. Jednak posiadanie umiejętności nie zawsze oznacza przyjemność z jej wykorzystywania. Po prostu nie przepadałam za pisaniem na maszynie, a teraz przyszło mi pisać dyktowane przez Miecia opowieści.

Wkrótce zebrało się już parę opowiadań i Miecio zdecydował się spróbować debiutu w prasie. Do publikacji wytypowane zostało opowiadanie „Fasola” o tematyce wiejskiej, a więc do tygodnika „Nowa Wieś” – ilustrowanego magazynu dla młodzieży wiejskiej oraz czytelników z małych miast i miasteczek.

Oczywiście do redakcji miałam udać się ja, ale dodatkowo, na wszelki wypadek, gdyby coś poszło nie tak, to ja miałam wystąpić jako autorka. Powędrowałam więc na ulicę Wiejską, wspięłam się chyba na pierwsze piętro i stanęłam przed obliczem redaktora Adrjańskiego. Zbigniew Adrjański był w owym czasie szefem działu kulturalnego „Nowej Wsi”. Poprosił, żebym zostawiła tekst do decyzji. Zostawiłam i zaczęło się pełne niepokoju oczekiwanie na ową decyzję. Wielka była radość, kiedy po paru tygodniach opowiadanie „Fasola” ukazało się na łamach czasopisma.

Powędrowałam znów na Wiejską do redaktora Adrjańskiego zapytać, jak i gdzie mogę odebrać honorarium. Od sąsiedniego biurka podniósł się szczupły, niezbyt wysoki, jasnowłosy i niebieskooki mężczyzna – Tadeusz Chudy. Zapytał, czy coś słyszałam o Korespondencyjnym Klubie Młodych Pisarzy, a ponieważ nic nie słyszałam, to zaprosił mnie, młodą pisarkę, na kawę do kawiarenki „Czytelnika” znajdującej się po drugiej stronie ulicy.   

No cóż, nie wypadało mi odmówić. Będąc młodą pisarką, powinnam się przecież interesować organizacjami literackimi wspierającymi młodych pisarzy.