Na fotografii Mieciowa rodzina przed domem dziadków w Wilnie. Od lewej: tata, u góry: ciocia, wujek i mama, na dole: babcia, Miecio, dziadek, Lusia – Mieciowa siostrzyczka.

Mieczysław Ignacy Bukowczyk urodził się w grudniu 1932 w Michaliszkach na Wileńszczyźnie w rodzinie nauczycielskiej. Ojciec był lwowianinem, mama wilnianką, przybyli do Michaliszek w ramach akcji „Edukacja na Kresach”. Wojnę przetrwali w Turłach, majątku hrabiny Kotwicz, a po wojnie wraz z falą uchodźców przyjechali do Polski i osiedli w Ciechocinku.

Bardzo niewiele opowiadał Miecio o tym kresowym dzieciństwie. Wspominał o nauce gry na skrzypcach, zakończonej połamaniem skrzypeczek, o niezwykłym spotkaniu z Łupaszką – jak to pod koniec wojny pojawił się o poranku goły na pałacowym klombie i tata Bukowczyk przynosił mu jakieś odzienie. Zawsze myślałam, że to była ucieczka z lasu przed Niemcami, a dowiedziałam się po latach, że z łóżka jakiejś okolicznej damy.

Miecio z siostrzyczką Lusią

Była też smutna opowieść o mamie, jak po ustaniu działań wojennych poszła do Wilna zobaczyć, co dzieje się z dziadkami, i znalazła szczątki dziadków w ruinach zbombardowanego domu, i sama musiała ich pochować, i wróciła całkiem siwa.

Ulubionym Mieciowym zajęciem zawsze było rysowanie, ale kiedy ukończył szkołę podstawową, jego tata postanowił wysłać go do Technikum Elektrycznego w Toruniu, nie bacząc na to, że Miecio uwielbia rysować, a boi się prądu.

Zamieszkał więc Miecio u cioci Zosi i uczęszczał posłusznie do tego elektrycznego technikum. Z tego mieszkania u cioci pozostała mu absolutna niechęć do teatru – ciocia przymusiła go jakimś sposobem do towarzyszenia jej na przedstawieniu „Wesela”. Reakcją na ten przymus stała się niechęć do Wyspiańskiego i do teatru w ogóle.

Ukończenie technikum w owym czasie oznaczało otrzymanie nakazu pracy, bo przecież trzeba było energicznie budować socjalizm. Miecio otrzymał nakaz pracy w Skarżysku Kamiennej, w fabryce zbrojeniowej. Nie bardzo wiem co tam robił w tej pracy i w tym mieście z dala od przyjaciół i rodziny. Wiem, że zarabiał dużo, jak na owe czasy i że zaraz po wypłacie wyruszał z kolegami wytracać pieniądze w Warszawie, w restauracji Kameralna. No i zdarzyło się, że dzień wypłaty wypadł w dniu śmierci Stalina. Chłopcy tym razem postanowili świętować wypłatę w hotelu robotniczym. Wśród wesołej zabawy jakoś nie bardzo zorientowali się w tragedii, jaka dotknęła cały socjalistyczny świat – odejście generalissimusa Josifa Wisarjonowicza. Kiedy następnego dnia o poranku przybył Miecio do pracy, zatrzymała go w wejściu kadrowa i powiedziała cichutko, żeby znikał, bo ubecja dopytywała się już o uczestników wczorajszej zabawy w tak tragicznym dniu. Miecio, niewiele myśląc, czym prędzej zwinął manatki i podjął natychmiastową decyzję ucieczki. Droga była tylko jedna – kopalnia. Do kopalni przyjmowano wszystkich, nie pytając, skąd przybywa. I tak Miecio niespodziewanie dla siebie został górnikiem dołowym. Nawet rodzice nie mieli pojęcia, gdzie się podział, po prostu zupełnie nie w przenośni zapadł się pod ziemię.

Gdzieś po pół roku przypadek zdarzył, że natknął się w tej kopalni na kolegę z Ciechocinka, właśnie powracającego do domu. Kolega nie omieszkał odwiedzić rodziców Miecia, powiedział o miejscu pobytu zaginionego syna, a że miał niebywałe poczucie humoru, dodał, że niestety stracił rękę. Przerażeni rodzice natychmiast udali się na Śląsk, odnaleźli Miecia w hotelu robotniczym, wpadli z okrzykiem „Pokaż ręce!”. I tak ten raczej makabryczny żart zakończył Mieciową karierę górniczą.

Wrócił do Ciechocinka i teraz czekało go wojsko. Marzyły mu się łodzie podwodne, może to miało coś wspólnego z karierą górniczą, jak nie pod ziemią, to chociaż pod wodą, ale dostał przydział do marynarki. Służba w marynarce trwała trzy lata. Miecio miał bardzo ekskluzywną specjalność – ukończył szkolenie specjalne i został telegrafistą, ale ciągle podejmował próby wydostania się z wojska. Pisał najrozmaitsze podania, podając nie całkiem zgodnie z prawdą, że jest jedynym żywicielem rodziny. W końcu poskutkowało, po dwóch latach zwolniono go z wojska w stopniu starszego marynarza. Było to jedno z niewielu szczęśliwych wydarzeń w tym niełatwym życiu Miecia. Zakończenie pełnej służby w marynarce dawało stopień wojskowy mata i wiązało się z koniecznością jeżdżenia co trzy lata na ćwiczenia, a starszych marynarzy już nikt nie szkolił.

Zaczął się nowy etap – studia na Uniwersytecie Toruńskim, konserwacja zabytków. Studiów tych jednak nie skończył. Na wieść, że w Warszawie powstaje studium filmu rysunkowego, porzucił Toruń i przyjechał do Warszawy. Film rysunkowy to byłoby to, o czym marzył – rysować i wymyślać fabuły niewielkich filmików. A tu kolejne rozczarowanie: szkoła niespodziewanie zmieniła profil – zamiast filmu rysunkowego fotografia, i to niekoniecznie artystyczna. No, ale kiedy już znalazł się w stolicy, postanowił zrobić, co się da, żeby już w niej pozostać na stałe, zaistnieć w stołecznym artystycznym światku.