Te moje „Opowieści z przeszłości” przywodzą niekiedy Czytelniczkom i Czytelnikom mojego bloga ich własne wspomnienia z dawnych lat, przypominają znajomych niegdyś ludzi. Czasem piszą o nich w komentarzach, częściej w przysyłanych do mnie mailach.

Po ostatnim wpisie – opowieści o kanarku Karolu – otrzymałam maila od Joanny Tramerowej. W mailu tym opowiedziała tragiczną historię sprzed wielu lat. Mama Joanny miała kanarka imieniem Świerk. Kanarkiem owym wielce się interesował trzyletni braciszek Joanny. Pewnego dnia w trosce o ptaszka postanowił go napoić. „I widzę go szlochającego, trzymającego w ściśniętej piąstce martwego kanarka: chciał mu dać pić, więc zanurzył mu łepek w wanience pełnej wody i przytrzymał. Nigdy nie zapomnę rozpaczy tego trzylatka. Nie był to płacz, bo coś chcę albo czegoś nie chcę. Była to prawdziwa, egzystencjalna rozpacz, cichy, niekończący się płacz. Tak, jakby zrozumiał, co to jest śmierć”.

Kiedy opowiedziałam tę smutną historię mojemu braciszkowi Andrzejkowi, przypomniał on sobie natychmiast własne tragiczne przeżycie.

Andrzejek, będąc jeszcze uczniem młodszych klas szkoły podstawowej, miał wiele najrozmaitszych zainteresowań. Czytał dużo książek. Chętnie studiował przynoszony mu przez Tatę „Przegląd Techniczny”. Wymyślał jakieś doświadczenia. Miał też zamiłowania hodowlane. Ponieważ nasze mieszkanie na naszą rodzinę było zbyt małe, żeby hodować w nim psa albo kota, zaczął od hodowli patyczaków. Nie była to hodowla zbyt spektakularna, szczególnie że w patyczkach dawanych im na pożywienie patyczaki gdzieś znikły. Postanowił więc przerzucić się na hodowlę rybek akwariowych.

Rybki zostały zakupione u pana „rybkarza” na Nowym Świecie, a w braku akwarium umieścił je w zdjętym z szafy, pięknym kulistym wazonie z żółtawozłocistego szkła. Dowiedział się też, że rybki akwariowe trzeba dotleniać. Do tego celu istniały wprawdzie specjalne urządzonka, ale urządzonko trzeba byłoby kupić. Nadszarpnęłoby to jego budżet, już poważnie nadwerężony zakupem rybek. Poza tym nie wiadomo, jak by to przyczepić do kulistego wazonu.

Andrzejek był osobą wielce pomysłową. Jako przyszły chemik i naukowiec miał od lat najmłodszych pasję wynalazcy. Po dłuższym zastanowieniu nad sposobem rozwiązania problemu przypomniał sobie, że u Mamy w apteczce stoi woda utleniona. Woda utleniona, a więc to jest już woda z tlenem. Eureka! Dostarczy się rybkom tlenu.

Odnalazł buteleczkę, wydłubał korek i wlał jej zawartość do wazonu z rybkami.

Niestety rybki okazały się niewdzięczne. Zamiast się szybko i radośnie dotleniać, wypłynęły brzuszkami do góry.

Zniechęcił się mój braciszek do rybek absolutnie. Wprawdzie po latach myśl o rybkach powróciła i w mieszkaniu na Wilczej pojawiło duże akwarium, ale tym razem hodowla rybek zakończyła się, może szczęśliwie dla nich, jedynie na zakupie tego akwarium. I tak stało sobie smutno to akwarium nawet nigdy nie napełnione wodą…