Kiedy w 1951 roku nasza rodzina przeniosła się z Łodzi do Warszawy, nie było jeszcze Pałacu Kultury. Nie mogę sobie nawet przypomnieć widoku z naszego okna na piątym piętrze, w kamienicy przy ulicy Kopernika, bez tej budowli na horyzoncie.

Budowę pałacu rozpoczęto w maju 1952 roku. O jego budowie zadecydował sam Józef Stalin – był to „dar narodu radzieckiego dla narodu polskiego”. Zaprojektowany na wzór siedmiu radzieckich wysokościowców wybudowanych w centrum Moskwy z polecenia Stalina w latach 1947–1953 („siedmiu sióstr”).

Głównym projektantem pałacu był radziecki architekt Lew Rudniew, autor projektu najwspanialszej z tych siedmiu sióstr – Moskiewskiego Uniwersytetu Państwowego, w owym czasie najwyższego budynku w Europie. Wszystkie te radzieckie wysokościowce, jak i nasz Pałac Kultury, powstały przy wykorzystaniu licencyjnej technologii konstrukcji amerykańskiego wieżowca z Chicago. Mój braciszek Andrzejek, tuż po ukończeniu budowy, uczęszczał do Pałacu Młodzieży i pamięta do dziś, że wszystkie gniazda elektryczne i wtyczki (zamiast bolców miały płaskie sztabki) były amerykańskie, a napięcie wynosiło 124 wolty (potrzebne były specjalne żarówki).

Lew Rudniew był ambitnym architektem i skoro to jemu przypadło w udziale projektowanie tego podarunku Stalina, starał się wywiązać z zadania jak najlepiej. 30 września 1951 roku przybył do Warszawy wraz z zespołem współpracujących z nim trzech rosyjskich architektów. Wyruszyli w Polskę, odwiedzili Kraków, Zamość, Chełmno… Przyglądali się zabytkom polskiej architektury renesansu, by wprowadzić jej elementy do swojego dzieła. Jego ekipa przygotowała pięć wariantów do przedyskutowania z polskimi architektami. Po naradach, dyskusjach nad bryłą i detalami oraz ostatecznym ustaleniem funkcji, projekt zatwierdziły najwyższe władze naszego kraju.

Pałac miał stanąć w centrum Warszawy i miał być widoczny z dala ze wszystkich dróg do niej wiodących. (W sercu Polski, widoczny z daleka,/ Będzie trwał jak wiara w człowieka./ Będzie trwał jak miłość do dziecka./ Będzie trwał jak przyjaźń radziecka … ­– to wiersz Brzechwy). Ważną sprawą było więc ustalenie odpowiedniej wysokości tej reprezentacyjnej budowli. Została powołana specjalna komisja. W rejonie mostu Górnośląskiego spotkała się grupa rosyjska pod przywództwem Rudniewa i polscy architekci, z Józefem Sigalinem, naczelnym architektem Warszawy i zarazem pełnomocnikiem do spraw budowy pałacu. Na niebie pojawił się niewielki samolocik, ciągnący za sobą balon. Komisja miała kontakt radiowy z pilotem tego samolotu. Pilot podawał wysokość, na jakiej znajduje się balon, a komisja decydowała, czy ma wznosić się wyżej. Rosjanie uznali, że starczy 120 metrów, Polacy jednak wołali „wyżej” i w końcu ustalono, co następuje: wieża główna będzie miała 120 metrów wysokości, z wieżyczką będzie – 160, a całość z iglicą – 230 metrów. Tym oto sposobem nasz Pałac Kultury stał się najwyższą w owym czasie budowlą w Polsce, drugą co do wielkości (po tym moskiewskim uniwersytecie) budowlą w Europie i ósmą na świecie.

Budowę rozpoczęto od wyburzenia około 170 kamienic, którym udało się przetrwać wojnę. Mieszkańców przekwaterowano do nowo powstającego osiedla na Muranowie. Nie obyło się bez dramatów. Trzej właściciele nie zgodzili się na eksmisję i popełnili samobójstwo.

Ze Związku Sowieckiego przybywali robotnicy, było ich od trzech do pięciu tysięcy. Dla ich zakwaterowania wybudowano na Jelonkach osiedle domków. Pracowało też około czterech tysięcy polskich robotników. Jak na pałac przystało, wnętrza były starannie zaprojektowane i bogato zdobione. Z trudem znaleziono specjalistów do wykonania stiuków imitujących marmury.

Ta budowa zupełnie mnie nie interesowała. Nie chodziłam oglądać głębokiego dołu pod fundamenty, na których oprócz konstrukcji naziemnej miały się znaleźć jeszcze dwie podziemne kondygnacje. Nie chodziłam też obserwować postępu budowy ze specjalnie wybudowanego pomostu. Pałac zaczął wkraczać w moje życie w momencie, kiedy dość szybko zaczął się zmieniać pejzaż oglądany z okien naszego mieszkania. Coraz wyżej pnąca się wieża, a potem ogromna iglica.

21 lipca 1955 roku o godz. 16.00 został podpisany w Warszawie protokół o przekazaniu gmachu przez rząd ZSRR rządowi PRL. Tego samego dnia pałac został oddany do użytku. Przez lata wrósł w pejzaż stolicy, stał się jej wizytówką, znakiem rozpoznawczym. Był to może jedyny dar Wielkiego Sąsiada, który nikomu nie zaszkodził. W roku 2007 pałac został wpisany do rejestru zabytków.

Nigdzie nie znalazłam wyjaśnienia, czemu należało przypisać tę hojność Stalina, tę jego łaskawość dla Polski, dla Warszawy, do której zrujnowania przyczynił się w znacznym stopniu. Skąd wziął się pomysł wręczenia nam tak okazałego prezentu.

Po 1989 roku powstały inicjatywy zburzenia PKiN-u, pomysł ten pojawiał się także później. Pomijając przeraźliwe koszty takiego przedsięwzięcia, byłoby, uważam, całkowitym bezsensem rozwalać coś, co jest zbudowane i dobrze funkcjonuje. Pałac ten to świadectwo epoki, również tego, że rozpadł się Związek Sowiecki, a w nowej architekturze Śródmieścia i tak niedługo zniknie. Jak się komuś pałac ten kompletnie nie podoba, to niedługo będziemy mieli w stolicy nową szkaradę – pałac Saski. PKiN jest chociaż funkcjonalny, a jakiż sens odtwarzać budowlę będącą siedzibą Augusta II Mocnego, panującego w Polsce Niemca? Przebudowaną później przez Skwarcowa, rosyjskiego kupca, o której kształcie decyzję wydał generał Iwan Paskiewicz, namiestnik Królestwa Polskiego z łaski cara Mikołaja I. Na dodatek za tę odbudowę sami będziemy musieli zapłacić ogromne pieniądze. Miejmy nadzieję, że skończy się to tylko na wmurowaniu kamienia węgielnego, podobnie jak stępki pod prom.

PS. Ci, którzy proponowali zburzenie PKiN nie zauważyli, że pod neonowym napisem na froncie pałacu ciągle widnieje wykuty w portyku napis „Pałac Kultury i Nauki imienia Józefa Stalina”.