A zaczęło się tak:


Mąż mój Miecio Bukowczyk w pierwszej połowie lat 60. zajmował się fotografią, dużo rysował, projektował opakowania papierków do cukierków w fabryce 22 lipca dawniej E. Wedel i myślał o karierze literackiej. Napisał nawet parę opowiadań, a ja je przepisałam na maszynie. Pozostało więc znaleźć redakcję, która by zechciała je opublikować.

Na ewentualny debiut literacki wybrał Miecio opowiadanie o tematyce wiejskiej, zatytułowane „Fasola”. Mogłoby ono pasować do czasopisma „Nowa Wieś”. Na wszelki wypadek, gdyby zostało przyjęte nieprzychylnie, żeby już na wstępie nie ponieść porażki, to ja je miałam zanieść do redakcji, podpisując moim panieńskim nazwiskiem.

No cóż, zaniosłam. Zostawiłam do akceptacji, a dwa tygodnie później zostało wydrukowane. Więc powędrowałam zapytać o honorarium. Redaktor Adrjański odpowiedzialny za dział literacki udzielił mi informacji. I kiedy już miałam się oddalić, zza sąsiedniego biurka podniósł się przyjaźnie uśmiechnięty, niebieskooki blondyn i zapytał, czy słyszałam o Korespondencyjnym Klubie Młodych Pisarzy. Nie miałam o nim pojęcia. Powiedział więc, że gdybym zechciała poświęcić chwilę, to on mi o nim opowie przy kawie, w kawiarence „Czytelnika”, po drugiej stronie ulicy. Skoro już weszłam w rolę młodej pisarki, to wypadało mi się tym klubem zainteresować.

Jak się za chwilę dowiedziałam, był to Tadeusz Chudy, jeden z założycieli tego Korespondencyjnego Klubu Młodych Pisarzy. Przy kawiarnianym stoliku opowiedział mi, że klub jest pod patronatem Związku Młodzieży Wiejskiej, że jego zadaniem jest pomoc w starcie młodym poetom i prozaikom, a z klubem współpracują już uznani pisarze. Tu wymienił Mariana Pilota, wtedy redaktora czasopisma „Na przełaj” i już autora dwóch książek.

Zrobiło mi się smutno i żal, że to nie ja jestem młodą pisarką i że nie mogę stać się członkinią tego literackiego grona. Pozostało już tylko powiedzieć prawdę o autorstwie „Fasoli”. Tadzia to rozśmieszyło. Bardzo mu się ta historia spodobała i po chwili zaproponował wspaniałe rozwiązanie. Członkiem KKMP zostanie prawdziwy autor, czyli Miecio, a ja będę „członkinią honorową”.

Mieciowi ten pomysł też się spodobał. Wprawdzie po dym debiucie literackim jakoś za bardzo do pisarstwa się nie zabrał, ale rozwinęła się współpraca z klubem bardziej plastyczna: czasem okładki do czyichś tomików, grafiki do kolumny wierszy w jakimś czasopiśmie, budowa stoiska na Targi Książki pod Pałacem Kultury. Czasem też udział w sympozjach organizowanych dla młodych twórców.

Chyba jesienią 1966 roku odbyło się sympozjum KKMP w Łodzi. Dwa dni spotkań w Pałacu Poznańskich i nocleg w Grand Hotelu. Miecio pojechał do Łodzi już od rana, a ja miałam przyjechać dopiero pod wieczór, jak skończę zajęcia (pracowałam wtedy w Szkole Architektury). Przyjechałam. Przyszłam do Grand Hotelu. W recepcji powiedziano, że nie ma tu Bukowczyka i nic o nim nie wiedzą. Nie było wtedy telefonów komórkowych, a nawet nikt jeszcze tego sobie nie wyobrażał. Kiedy tak stałam bezradnie, zastanawiając się, co mam zrobić w tej sytuacji, do recepcji zbliżyła się Magda Czaputowicz. Okazało się, że czeka na Mariana Pilota, który miał właśnie wieczorem przyjechać z Warszawy, żeby od rana uczestniczyć w drugim dniu sympozjum.

Wtedy jeszcze prawie jej nie znałam. Wiedziałam, że jest współorganizatorką sympozjum i współpracuje od niedawna z klubem w imieniu redakcji „Nasz Klub” znajdującej się też pod opieką Związku Młodzieży Wiejskiej. Zapytałam ją o radę. Powiedziała, że nie dla wszystkich uczestników były miejsca w Grandzie, więc Miecio jest na pewno w tym drugim hotelu i żebym się nie martwiła, bo jutro się znajdzie. A mogę spać w jej pokoju, bo jest drugie wolne łóżko.

Po chwili pojawił się Pilot i wtedy spotkałam go po raz pierwszy.

Wjechaliśmy windą na pierwsze piętro. W pokoju Magdy, obszernym apartamencie, czekało na nas jeszcze dwóch panów, honorowych gości sympozjum: Stanisław Piętak i Julian Przyboś. I tak znalazłam się na spotkaniu podsumowującym humorystycznie wrażenia z tego pierwszego dnia. Był to bardzo miły wieczór.

To moje niespodziewane spotkanie z Magdą zaowocowało długoletnią przyjaźnią i propozycją pracy dla Miecia w redakcji „Nasz Klub”.

Wiosną 1967, tak jak i w poprzednich paru latach, przygotowaliśmy stoisko dla KKMP na Targach Książki i Prasy. Ja organizowałam sprzedaż książek i miałam reprezentować klub na stoisku. I to właśnie w tym roku Marian Pilot podpisywał na tym stoisku swoją nową, niedawno wydaną książkę Opowieści Świętojańskie. Książkę dał mi w prezencie.

Marian współpracował z redakcją „Nasz Klub”, bywał też na niektórych redakcyjnych imprezach. Na parapetówkę do Zbyszka Falkowskiego, redakcyjnego kolegi, odbywającą się w podwarszawskich Pyrach przyjechał z żoną Basią. Od razu się zaprzyjaźniłyśmy.

Niestety niedługo później Pilotowie się rozstali. Basia się wyprowadziła. Marian, w pustym mieszkaniu, w którym pozostał już tylko tapczan i stół, urządził spotkanie przyjaciół pod tytułem „Podłoga Party”. Wśród zaproszonych gości byli też Edward Stachura z Zytą Oryszyn. Marian był z nimi bardzo zaprzyjaźniony. I to od niego kilka lat później dowiedzieliśmy się, że Stachura nie żyje. Zaniepokojony nagłym zniknięciem Edwarda, Marian zadzwonił do Zyty, pojechali razem do jego mieszkania i odkryli, że popełnił samobójstwo.

Marian był zaprzyjaźniony z Magdą Czaputowicz i co roku spotykaliśmy się na jej imieninach. Te imieniny Magdy były zawsze wydarzeniem towarzyskim, w którym uczestniczyło wiele już znanych osób ze świata literatury i dziennikarstwa. Wszystko to przerwał stan wojenny…

Chyba zimą 1987 spotkaliśmy się na Powązkach na pogrzebie Magdy, a właściwie Teresy Czaputowicz…

W styczniu 1992 za namową mojego brata zarejestrowałam własną jednoosobową firmę: Agencję Reklamową KUBA. Uczyłam się programu graficznego CorelDRAW i Ventury, pierwszego programu do łamania tekstów. Zajęłam się, ciągle się czegoś douczając, opracowywaniem ulotek reklamowych, katalogów i przygotowywaniem do druku książek naukowych dla PAN-owskich instytutów.

Był rok 2006, któregoś wieczoru zadzwonił do mnie Marian Pilot. Powiedział, że dowiedział się niedawno, że ja zajmuję się przygotowywaniem książek do druku i miałby dla mnie propozycję. Umówiliśmy się na spotkanie. Zapytał, czy wydałabym w mojej firmie jedną jego książeczkę. Książeczka ta miała być na tyle nietypowa, że nie mógł się z nią zgłosić do żadnego z wydawnictw, z którymi współpracował (był już wtedy autorem 14 książek).

Powiedział mi, że jak powszechnie wiadomo, ceniony autor to taki, z którego twórczości powstają plagiaty. On niestety jak dotąd żadnego plagiatu się nie doczekał. Postanowił więc sam taki plagiat napisać i właśnie go stworzył. Więc czy ja bym taką książeczkę wydała w mojej firmie.

Pomysł plagiatu napisanego przez autora bardzo mi się spodobał. Dwa dni później dostarczył mi tekst i wkrótce spotkaliśmy się przy komputerze, żeby ocenić moją propozycję łamania, ustalić format, projekt okładki… I tak w roku 2006 został wydany Samodział, którego autorem, jak wynikało z tytułu książeczki, był Franciszek M. Pieloth. Książeczka została opatrzona słowem wstępnym autorstwa Mariana Pilota. Jej redaktorem był pan Klemens Górski.

Pan Klemens osobiście towarzyszył mi przy ostatniej, robionej na komputerze, korekcie. Starannie zapamiętałam parę jego uwag na temat, jak powinien wyglądać idealnie graficznie opracowany tekst. Pan Klemens zasugerował mi też graficzny kształt nazwy mojego wydawnictwa KUBA wpisanej w kwadratową ramkę. Byłam zachwycona i znak ten ukazał się na okładce Samodziału, a potem wstawiałam go na inne książki wydawane w tym moim wydawnictwie.

Byłam bardzo dumna z wydania tej książecki, bo ten Samodział to było pierwsze dzieło literackie wydane przez tę moją mikrofirmę. Stał się też Samodział początkiem mojej współpracy wydawniczej z Marianem. W ciągu następnych 17 lat w mojej firmie, która z czasem z Agencji Kuba przekształciła się w Oficynę Wydawniczą KUBA, ukazało się jeszcze osiem utworów Mariana Pilota, już teraz podpisywanych jego własnym nazwiskiem. Niewielkie książeczki wydawane w niewielkich nakładach, niekiedy urozmaicane ilustracjami wynajdowanych przez Mariana nieprofesjonalnych twórców, ze starannie przez niego obmyślanymi okładkami.

x x x

W 2006 roku powstały CIERPKI. OBOKI. NICE z podtytułem: „bardzo małe opo”.

W 2009 – GODY (nowela), książeczka z uroczymi ilustracjami Zuzanny Bakuniak, wtedy paroletniej wnuczki Mariana.

W 2011 – SSAPY, SZKUDŁY, ŚWIĘTOJANKI. Słownik dawnej gwary Siedlikowa. Słownik ten Marian opracował, bo jak mówił, teraz w Siedlikowie łatwiej porozumieć się po angielsku, niż posługując się dawną gwarą, językiem ojców. A jak rozmawiać z tymi, co na cmentarzu?
(Drugie wydanie tego Słownika ukazało się w 2012 w Ostrzeszowie).

2012 – Zawodna zabawkaalbo Vin d’adieu

2016 BOSKIE DZIECKO, podanie. Ilustrują je (jak napisał autor) bohomazy Jana Kwijasa.

2017 – Dzikie mieso, poematy. Książeczka ta przygotowana przeze mnie wydana była w nieistniejącym wydawnictwie: Oficyna SCRIPTURA/PICTURA. Miało to sprawiać wrażenie zagranicznego wydawnictwa (W 2021 roku wydawnictwo HA!ART wydało książkę Mariana Pilota pod tym samym tytułem różniącą się znacznie liczbą stron i chyba także treścią).

x x x

Lubiłam te nasze spotkania przy pracy nad jego książeczkami. Przynosił mi swoje nowo wydawane książki w Wydawnictwie Literackim z wpisanymi dla mnie dedykacjami. Był świetnym gawędziarzem.

Mieszkał wtedy na Bródnie. Opowiadał o swoich obserwacjach z życia tej mało atrakcyjnej warszawskiej dzielnicy. Zaproponował, żebym umieściła na portalu internetowym, z którym współpracowałam, galerię fotek z tego fragmentu Warszawy, oddalającego się szybkimi krokami w przeszłość. Bo skoro robię tyle zdjęć z dalekich podróży, to czemuż by nie pokazać czegoś, co jest blisko, a wkrótce już go nie będzie. W pogodne letnie wczesne popołudnie przyjechałam na Bródno i poszliśmy szlakiem jego częstych spacerów. W listopadowym numerze „Portalu mini” znalazła się galeria, którą zatytułowałam „Zaduszki”.

Ostatnia przygotowana przeze mnie pilotowa książeczka to KRETESKI, pomówienia i powieści. To właściwie tomik wierszy z Ilustracjami Henryka Ciemnego.

Ja już wtedy nie mieszkałam w Warszawie. Był chyba październik 2019. Spotkaliśmy się w kawiarence na Chmielnej. Przyniósł mi tekst. Miałam to opracować na komputerze i na kolejnym spotkaniu ustali się szczegóły. Do następnego spotkania niestety już nigdy nie doszło.

Rozpoczęła się pandemia. Wszystko już tylko ustalaliśmy telefonicznie i mailowo. Tak też powstała dziwna okładka. Na stronie pierwszej tylko niezrozumiały tekst pisany wersalikami, składający się wyłącznie z liter słowa „kreteski”. Na czwartej stronie centralnie imię i nazwisko autora. Książeczka została wydrukowana 13 marca 2020 i z drukarni całość wysłano na adres autora. To jest jedyna wydana przeze mnie książka, której nigdy nie widziałam.

Kiedy w końcu 2018 roku zaczęłam pisać bloga, wysyłałam linki do pierwszych jego odcinków między innymi do Pilota. Nie byłam bardzo pewna, czy ma sens to moje pisanie i jak to oceniają odbiorcy. Marian, niepytany o zdanie, zadzwonił i oznajmił, że mam pisać dalej. Więc pisałam. A kiedy pojawił się już może setny wpis, zadzwonił i powiedział, że mam z tego zrobić książkę. Więc jak zaczęła się wojna w Ukrainie i nie mogłam się zupełnie skupić na niczym, zaczęłam przygotowywać książkę z tych moich wpisów i wydałam w małym nakładzie własnym sumptem Opowieści szare i kolorowe w dwóch częściach.

Wiedziałam, że chorował. Czasem rozmawialiśmy przez telefon, czasem pisał krótkie maile. Potem wszystko się urwało. Nie odbierał telefonów… i wreszcie

23.12.2022 – DOBRYCH ŚWIĄT,KUBUSIU, NOWEGO 23 ROKU WSPANIAŁEGO!
      OD POTLUCZONEGO MP

7.4.2023 – Kubusiu, Świąt pogodnych i radosnych

4.10. 2023 – Kubusiu, jestem – po przejściach…
M.P.

22.12. 2023 – Dobrego, Kubusiu!
  Trochę zdrowszy MP

Pozdrowienia,
Pilot

Odszedł 2 lutego, a ja dopiero na początku marca dowiedziałam się, że już nic więcej do mnie nie napisze…