Mieczysław Bukowczyk, czyli mąż mój Miecio, był człowiekiem wielu talentów. Rysownik, fotoreporter, twórca biżuterii, miał  też osiągnięcia w wielu innych dziedzinach już nieartystycznych. Lubił wędrówki po lasach i grzybobrania – to on wracał z pełnym koszykiem nawet z lasu, gdzie wydawałoby się żaden grzyb nie rośnie. Jego zamiłowanie do rybołówstwa przysparzało mi sporo roboty z zagospodarowaniem połowów. Świetnie gotował, niemal tak dobrze jak nasza kochana Babcia Weronika. Potrafił odrestaurować niemal każdy antyczny mebelek, ramę czy jakiś drobiazg.

Miał też Miecio dość wszechstronne zamiłowania sportowe. Jeździł na nartach, jeździł konno, grał w tenisa, pływał, nurkował, no i zachwycił się windsurfingiem. Ta jego fascynacja znalazła odbicie w paru rysunkach satyrycznych. Prawdopodobnie niezrozumiały dla współczesnego widza będzie ostatni z rysunków związanych z windsurfingiem. Facet leżący pod deską surfingową, a obok torba i rozrzucone narzędzia – to obrazek z tamtych lat przeniesiony z życia posiadaczy starych samochodów, które najczęściej wypadało naprawiać własnoręcznie. Obrazek szczęśliwego właściciela leżącego pod pojazdem nie należał więc do rzadkości.

W związku z odbywającą się obecnie ubiegłoroczną 😊olimpiadą postanowiłam zaprezentować Mieciowe rysunki o tematyce sportowej.