Gomułkowska „odwilż” to czas wielkiego ożywienia kulturalnego w Polsce, no i oczywiście w Warszawie. Tyle wspaniałych spektakli teatralnych, sztuki do niedawna zakazanych autorów, tyle książek – Simone de Beauvoir, Hermann Hesse, Hemingway, Kafka… Spektakl baletowy Béjarta – olśnienie współczesnym baletem, Teatr Pantomimy Tomaszewskiego, a w filharmonii oficjalne spotkanie z jazzem – cykl koncertów jazzowych z płyt prowadzony w każdy czwartek przez Romana Waschko. Niewiele pozostaje czasu na te politechniczne studia…

Powtarzanie czwartego roku jakoś dziwnie mnie nie pasjonuje. Z rzadka uczęszczam na uczelnię, coraz częściej zastanawiam się nad bezsensem tych moich studiów. Nie widzę siebie na budowie ani w biurze za stołem kreślarskim czy tonącą w obliczeniach projektów konstrukcyjnych. Zastanawiam się coraz częściej nad zmianą uczelni. Może jednak starać się przenieść na architekturę, dużo przedmiotów już bym miała zaliczonych, może psychologia albo historia sztuki – namawia mnie do tego kolega Irenki, Paweł Bielicki, właśnie sam to studiuje i jest zachwycony. Też bym pewnie była zachwycona, ale od nowa wszystko zacząć, od nowa egzaminy, no i żal tych prawie czterech zaliczonych lat. Do absolutorium jeszcze tylko egzamin z żelbetu i mam już zaproponowany temat pracy magisterskiej: „Monografia drzwi” w katedrze budownictwa u profesora Lenkiewicza. Temat bardzo mi się podoba, ale materiały niemal wyłącznie obcojęzyczne, a tłumacz Google pewnie jeszcze nikomu się nie śnił.

Na razie myślę o wakacjach. Powstała możliwość wyjazdów zagranicznych dla studentów. Wpisałam się na wyjazdy do Francji na zbiór truskawek, bo przecież uczę się francuskiego. Bliżej nieokreślona komisja w Zarządzie Głównym ZSP przeprowadziła weryfikację kandydatów. Niestety nie znalazłam się na liście wybrańców. Wpisałam się więc na wczasy studenckie w Bułgarii.

W jakiś czerwcowy dzień spotkałam w tramwaju Popielarczyka. Powitał mnie radośnie i zaprosił na wernisaż, w najbliższą niedzielę na Krakowskim, pod arkadami, przy Resursie Obywatelskiej. Władysława Popielarczyka poznałam ubiegłego lata. Siedziałyśmy z Irenką w niedzielne popołudnie w barze mlecznym na Zapiecku. Przysiadł się do naszego stolika z talerzem barowych specjałów, po chwili przedstawił się i opowiedział, że właśnie powrócił z Italii, i że my mamy taką włoską urodę i chciałby nas rysować. Do rysowania nie doszło, powiedziałyśmy, że jesteśmy bardzo zajęte. Ale teraz, kiedy mnie rozpoznał w tym tramwaju, postanowiłam udać się na wernisaż.

W niedzielne popołudnie, wystrojona w świeżo uszytą sukienkę z gdzieś zdobytej, ciemnoróżowej burety (surowy jedwab), wyruszyłam pod arkady. Wśród wernisażowych gości znalazł się Mietek Bukowczyk z trójką kolegów, wywiązała się jakaś rozmowa, potem okazało się, że panowie wybierają się na Stare Miasto na piwo. Zostałam więc zaproszona i tak zaczęła się moja przygoda z Bukowczykiem…

Niewiele później zrezygnowałam z mojej pierwszej zagranicznej wycieczki, z wyjazdu do Bułgarii, i wyruszyłam w Bieszczady z grupką nowo poznanych znajomych na organizowane przez „Poznaj Świat” „Ranczo w Wilczej Dolinie”.

„Ranczo w Wilczej Dolinie” to miała być amerykańska przygoda – wypas krów na bieszczadzkich połoninach. Krowy, kowboje, konie, bieszczadzka dzika przyroda, mieszkanie na ranczo lub w namiotach, wszystko zapowiadało się fantastycznie. Z zapowiedzi wynikało niezbyt jasno, że organizatorzy zapewniają wyżywienie i wypłaty za pracę.

Wyruszyliśmy autostopem, Miecio, Erazm (jeszcze wtedy Janusz) Ciołek, Jurek Bendych – student prawa i poeta, Marysia, Hanka i ja. W ostatniej, napotkanej przed celem podróży gospodzie wytracone zostały na obiad niemal wszystkie pieniądze i jakież było rozczarowanie, kiedy szef rancza wyjaśnił, że produkty żywnościowe (nieliczne) po prostu można kupić w ranczowym sklepiku.

Rozbiliśmy na wzgórzu namioty, z dala od obory i od budynków rancza. Zamieszkali z nami jeszcze dwaj studenci prawa. Praca miała polegać na wypędzaniu o poranku krów na wypas i zapędzaniu ich do obory przed południem, kiedy zaczynał się upał i kiedy ze szczególną natarczywością krowy były atakowane przez gzy. „Kowboje” mogli pracę wykonywać na piechotę lub na koniach – nieszczęsnych, powolnych, starych szkapach.

Zaczęły się problemy żywieniowe, za pożyczane od szefa pieniądze na poczet przyszłej wypłaty kupowało się coś w sklepiku, dziewczyny chodziły na poszukiwanie jakichś leśnych owocków, chłopaki usiłowali łowić pstrągi w pobliskim strumieniu. Było to o tyle trudne, że nikt nie miał prawdziwej wędki, a przynętę – muchę − trzeba było najpierw złapać.

Gdzieś po tygodniu postanowiono rozdoić jedną krowę, żeby było chociaż mleko. Wybraną krowę przywiązano do palika nad rzeczką, żeby nam się nie pogubiła wśród innych w oborze. Jakież było przerażenie, kiedy po paru godzinach okazało się, że ta biedna i pewno przerażona krowa, chcąc uwolnić się z uwięzi, upadła, złamała sobie nogę, a rój bąków obsiadł jej nozdrza. Wezwany szef rancza zawyrokował, że krowa ze złamaną nogą pojedzie do uboju do pobliskiego miasteczka.

Parę dni wcześniej na naszym wzgórzu pojawił się Tadzio Kowalski, przywędrował z siodłem na ramieniu, w nadziei, że będzie mógł pojeździć na tych ranczowych koniach. Na wieść o wyroku na krowę zaproponował, że on może towarzyszyć przy konwojowaniu krowy i potem przywieźć należne „kowbojom” podroby (reszta mięsa miała już jakieś z góry ustalone przeznaczenie). W miasteczku okazało się, iż o tej popołudniowej porze, wprawdzie krowę już pozbawiono życia, ale nie ma rzeźnika, który mógłby mięso poćwiartować i wydać należną część „kowbojom”. Tadzio natychmiast poinformował, że jest myśliwym i dla niego wycięcie tych przynależnych fragmentów nie stanowi najmniejszego problemu. Po naradzie wyrażono zgodę na tę propozycję, nie przewidziano tylko, że ten myśliwy nie tylko potrafi sprostać zadaniu, ale znając się na robocie, potrafi wyciąć znacznie lepsze fragmenty. Wieczorem była uczta – wygłodniała gromadka, z udziałem szefa rancza, zajadała pieczone na ognisku pyszne befsztyki.

Następnego dnia część naszych ranczowych przyjaciół postanowiła powrócić do domu. Został tylko Erazm z Marysią i my. Postanowiliśmy z Mieciem odprowadzić wyjeżdżających do Zagórza i przy okazji zajrzeć do bazy wczasowej ZSP.

W bazie zastaliśmy mojego kolegę Wieśka Zazdrosińskiego. Okazało się, że w tym roku jest kierownikiem bazy. Ucieszył się ze spotkania, a po wysłuchaniu opowieści o ranczu postanowi uchronić nas przed śmiercią głodową i obdarował suchym prowiantem.

Na nasze wzgórze powróciliśmy późnym popołudniem, koło namiotów było pusto. Wieczorem po zapadnięciu zmroku pojawił się „starszy kowboj” Józek, prawa ręka szefa rancza, i powiedział, że Erazm jest w szpitalu, bo uszkodził sobie oko – uderzył kijem krowę, kij się złamał i go zranił. Nie miał pojęcia, gdzie się podziała Marysia, a nam poradził, żebyśmy czym prędzej stąd uciekali, bo szuka nas milicja za kradzież gęsi w pobliskim gospodarstwie. Powiedział i po chwili zniknął w ciemnościach. Zadecydowaliśmy, że nie ma mowy o ucieczce, i po krótkim namyśle Miecio zaproponował, żebym to ja powędrowała na ranczo porozmawiać z szefem. Szef i Józek byli zaskoczeni moim przybyciem, nie spodziewali się, że przyjdę sama po ciemku. Poprosiłam o rozmowę z szefem bez świadków, w jej efekcie ustalono prawdziwego sprawcę kradzieży, po którym już ślad zaginął, a gdybyśmy uciekli nocą, to właśnie nas zatrzymałaby milicja. Poczekaliśmy dwa dni na powrót Erazma ze szpitala i opuściliśmy to, wprawdzie piękne, lecz nieprzyjazne miejsce. Tak się zakończyły nasze pierwsze wspólne wakacje, zapisane w mieciowych foto-kompozycjach.