Zrobiła się jesień, dni coraz krótsze, jakaś trochę beznadzieja. To mieszkanie w kuchni przedzielonej kredensem nie napawa optymizmem.

Aż tu nagle pojawiła się możliwość kupienia niewielkiego mieszkania w naszej kamienicy. 33 metry, na piątym piętrze, tuż koło rodziców. Niewielkie w obecnym pojęciu, a w tamtych gomułkowskich czasach to była norma dla M3 – wymarzonego metrażu dla trzyosobowej rodziny.

Jak się okazało, nasz dom jest spółdzielnią własnościową, a mieszkanie to opuszczają lokatorzy, którzy nie byli jej członkami, i można je właśnie nabyć od spółdzielni. Cóż, kiedy nie mamy żadnych pieniędzy. Miecio wprawdzie pracuje, a ja szyję jakieś okropne abażury na zlecenie pewnej rzemieślniczki. Abażury do produkowanych przez nią stojących lamp i sprzedawanych na Śląsku.

Po burzliwej naradzie rodzinnej i po negocjacjach ze spółdzielnią dochodzi do wymarzonej transakcji. Na nasze szczęście Tata właśnie dostał sporą nagrodę za projekty racjonalizatorskie – wdrożenie jakiejś maszyny do zawijania cukierków wykonanej według jego projektu. Postanowił poświęcić otrzymane pieniądze na to nasze mieszkanie. Niewielką sumkę dosłali Mieciowi rodzice. Spółdzielnia poszła mi na rękę, jako mieszkance tego domu, i część żądanej sumy rozłożyła na raty do spłacenia przez pół roku.

I tak już w końcu listopada staliśmy się właścicielami prawdziwego mieszkania. Niewielki przedpokój, duży pokój z miniaturową wnęką kuchenną ogrzewany dużym piecem kaflowym, dość spora łazienka z wejściem na antresolę wybudowaną nad przedpokojem.

Zaczęło się urządzanie. W rogu na podłodze rozpostarł się materac, pod ścianą poniemiecka szafa biurowa z przesuwanymi drzwiami i niewielkie biureczko z szufladkami zamykanymi roletką przywiezione jeszcze z Giżycka. Pośrodku rozłożyłam, podarowany przez mamę Miecia, trochę nadszarpnięty zębem czasu huculski dywan. Przyjechały też z Ciechocinka dwa skórzane fotele klubowe pamiętające zapewne znacznie lepsze czasy. W łazience powstała ciemnia fotograficzna, zakupiliśmy powiększalnik, kuwety i szczypce fotograficzne, koreks (specjalny bakelitowy pojemnik do wywoływania filmów) oraz suszarkę i obcinarkę do zdjęć. W przedpokoju, pod półeczką we wnęce, stanął wiklinowy koszyk z posłankiem dla Fedry. Teraz już można było przyjmować gości, a Miecio mógł nareszcie rozwijać swoją działalność rysunkową i fotograficzną. Powstała seria moich portretów.

Jedynym mankamentem tego wspaniałego mieszkania była konieczność palenia w piecu zimą, a co za tym idzie, przynoszenie węgla z piwnicy – 7 kondygnacji bez windy w starym budownictwie. Nie było więc tej zimy w naszym mieszkanku zbyt upalnie. Dodatkowo tę raczej niewysoką temperaturę potęgowały pomalowane na bladoniebiesko ściany z delikatnym rzucikiem srebrzystych i granatowych gałązek, robiących wrażenie szronu. Myślę, że poprzedni właściciele malowali to mieszkanie w upalne lato.

Gdzieś na początku jesieni pojawił się w Warszawie Janusz Żernicki – poeta, kolega Miecia z Ciechocinka. Miał chyba jakiś wieczór autorski, przygotowywał tomik poezji, dobrze mówił o jego wierszach Przyboś.

Janusz postanowił się zatrzymać w Warszawie. Niestety nie miał gdzie mieszkać. Przychodził wieczorem, by przespać się u nas w śpiworze, jeszcze w okresie naszego mieszkania za kuchennym kredensem. Teraz, kiedy staliśmy się posiadaczami luksusowego, przestronnego apartamentu, zaproponował nieśmiało, że on mógłby u nas jakiś czas pomieszkać, ale żeby nam nie przeszkadzać, będzie sypiał na antresoli, do której wejście znajdowało się w łazience. Zgodziliśmy się, bo jakoś trzeba było pomóc poecie.

Teraz wieczory w nowym mieszkaniu zamieniły się dla mnie w wieczory poezji. Kiedy Miecio zamykał się w łazienkowym laboratorium fotograficznym, Janusz czytał mi swoje wiersze.

Janusz mieszkał u nas nie pamiętam jak długo, na pewno kilka miesięcy. Pewnego dnia nie przyszedł wieczorem, znikł gdzieś bez żadnej zapowiedzi. Kiedy po kilku tygodniach wspięłam się na antresolę, sprawa się wyjaśniła. Wokół dużego wojskowego śpiwora, w którym sypiał, leżały sterty papierosowych petów, a na środku śpiwora widniała duża wypalona dziura.

Trudno sobie dzisiaj nawet wyobrazić, jakim szczęściem w owych czasach było zdobycie takiego samodzielnego, własnego mieszkania.