Do Płociczna dojechaliśmy autostopem, dalej pieszo dotarliśmy do brzegu jeziora.  Na skraju lasu, w pobliżu wody rozbiliśmy nasz mały namiocik. Wokół nie było nikogo.

W pobliskiej wiosce wypożyczyliśmy starą drewnianą łódź wiosłową, od dziwnej, garbatej staruszki. Miecio zajmował się połowem ryb, ja zbiorem poziomek. Wędkarstwo nie było zupełnie moją pasją. Zdecydowanie brzydziło mnie nawlekanie robaków na haczyk, więc nawet się do tego nie brałam, ale to ja miałam kartę wędkarza. Łowienie ryb na jeziorach wymagało posiadania zezwolenia wydanego przez Związek Wędkarski, w postaci „karty wędkarskiej” (chyba tak się to wtedy nazywało).

Miecio, jako absolutny legalista (nawet przez jednię na pustej ulicy przechodził tylko po pasach), postanowił w taką kartę się zaopatrzyć. Otrzymanie karty poprzedzał egzamin z przepisów wędkarskich. Wymyślił więc Miecio naprędce, że to ja udam się na ten egzamin, bo jedna karta wystarcza na jedną rodzinę, a on po prostu nie znosi egzaminów. W tej sytuacji zaopatrzyłam się w małą książeczkę z przepisami dla wędkarzy. Przeczytałam ją starannie i udałam się na egzamin.

Pan egzaminator przyjrzał mi się podejrzliwie, jakoś wyraźnie nie wyglądałam mu na wędkarkę, i przystąpił do zadawania pytań o dopuszczalne rozmiary poszczególnych rodzajów łowionych ryb, których nazwy cierpliwie wymieniał. Nie miałam pojęcia, że niektóre z wymienianych gatunków w ogóle istnieją, ale kiedy okazało się, że na wszystkie pytania odpowiadam poprawnie, pan, żeby już w końcu mnie pognębić, zapytał podstępnie: „A na ile krążków można łowić raki?”. Nie miałam pojęcia, co to jest ów krążek i jak się na niego łowi raki (my łowiliśmy raki na szczypkę – gruby patyk rozcięty pionowo na jednym końcu i związany gumką), ale zgodnie z zapisem w regulaminie oznajmiłam, że na pięć. Pan się rozpromienił: „A nie, bo na trzy” – powiedział radośnie. Kiedy się z nim nie zgodziłam, zajrzał do regulaminu i niechętnie skonstatował, że to jednak ja miałam rację. Nic już więcej nie powiedział i wypisał mi dokument pozwalający na połowy.

Miecio potrafił godzinami tkwić na łódce z wędką w dłoni, ja, siedząc na drugiej ławeczce, robiłam na drutach któryś z moich sweterków, a Fedra drzemała na dnie łodzi.

W chwilach wolnych od wędkarstwa chodziliśmy do lasu na grzyby. Miecio miał ogromny talent do grzybozbieractwa, mnie to szło o wiele gorzej. Czytaliśmy głośno zabraną z domu wakacyjną lekturę. Chodziliśmy do wsi po jajka, po mleko, po pyszny razowy chleb, pieczony w domowym chlebowym piecu na liściach chrzanu. Taki wielki bochen zachowywał świeżość przez cały tydzień. Chodziliśmy też po zakupy do pobliskiego miasteczka. Wszędzie w tych wędrówkach towarzyszyła nam Fedra, budząc zaciekawienie tubylców. Kiedy pewnego razu stanęłam z Fedrą w kolejce do kiosku po denaturat do naszej spirytusowej maleńkiej maszynki, wzbudziła też zachwyt dwóch panów oczekujących w kolejce również na ten produkt, ale raczej w celach konsumpcyjnych. Jeden z panów zapytał: „A ten pies… to już będzie taki mały?”. Kiedy odpowiedziałam, że to szczeniak i że jeszcze urośnie, doradził życzliwie: „Pani jemu da wódki, to i taki mały będzie”.

Któregoś poranka okazało się, że w pobliżu nas ktoś rozbił namiot, chyba jeszcze mniejszy od naszego. Z namiotu wkrótce wynurzył się młody człowiek z rozczochraną czupryną. Jak się okazało, przywędrował tutaj sam z Warszawy, że właśnie zdał maturę, że rozpoczyna studia na warszawskiej Politechnice i że ma na imię Leszek. Zapytał, czy nam nie przeszkadza, gdyby on tu z tym swoim namiotem pozostał. Nam to nie przeszkadzało i teraz Miecio miał towarzystwo wędkarskie, a wieczorami wspólnie siadywaliśmy przy ognisku.

Kiedy pewnego wieczoru dotarła do nas wieść, nie wiem skąd, że w Gawrych Rudzie „rzucili” radebergera do jednego kiosku, Miecio z Lesiem, bo tak mówiliśmy na niego w zdrobnieniu, natychmiast wypłynęli łodzią po zakupy. Przywieźli dumnie 3 butelki tego wytwornego w owym czasie napoju. Piwo uświetniło wieczorne ognisko.

Jakież było nasze zdumienie, kiedy rano okazało się, że nasza maleńka Fedra ma okropnie spuchnięty pyszczek. Nie było w okolicy weterynarza, ale na szczęście opuchlizna po jednym dniu zeszła. Jak się później okazało, ona też postanowiła się uraczyć tym wytwornym napojem i wylizywała szyjki porzuconych butelek. Radeberger w owym czasie miał szyjki butelek oklejane „sreberkiem” w złotym kolorze i pewno biedna Fedra miała uczulenie na to „sreberko”.

I tak te nadwigrzańskie wakacje stały się początkiem długoletniej przyjaźni z przypadkowym sąsiadem z namiotu Leszkiem Laskowskim.