Mroczne czasy stalinizmu oddaliły się wraz z odejściem z tego świata Josifa Wissarionowicza Stalina (05.03.1953). Niespodziewana śmierć Bolesława Bieruta (18.03.54) w czasie jego wizyty na Kremlu zakończyła w Polsce okres „błędów i wypaczeń”. W świecie kultury następuje przebudzenie, powiew swobody… Na tej fali powstaje w Warszawie Studencki Teatr Satyryków STS – jaskółka wiosny w kulturze.

Jego pierwsze przedstawienie odbyło się 13 maja 1954. Rozwinął się w czasie gomułkowskiej odwilży i wkrótce stał się najbardziej interesującym teatrem Warszawy. Specjalnością STS-u były rewie satyryczne. Jego przedstawienia są radosne, wesołe, a przy tym pokazujące absurdy świata PRL-u. Cieszą się wielkim zainteresowaniem przede wszystkim studenterii i świata artystycznego. Maleńka widownia, w budyneczku przy ul. Świerczewskiego 76 b, (obecnie Al. Solidarności) z trudem mieściła wszystkich miłośników tej sceny.

To powodzenie powstających tu spektakli działało, niestety, jednocześnie na niekorzyść teatru. Przyciągało nadmierną uwagę cenzury, zainteresowanie „specjalistów” dbających o czystość ideologiczną twórczości artystycznej we wszystkich dziedzinach sztuki, tępiących wszelkie przejawy krytyki jedynie słusznej partii, jej pomysłów, jej nieomylnych przywódców. W roku 1972 władze przymusowo połączyły STS z Teatrem Rozmaitości. I tak przestał już być samodzielną jednostką, a 13 marca 1975 odbyło się jego ostatnie przedstawienie.

Twórcy spektakli, autorzy tekstów i muzyki, aktorzy rozpierzchli się po innych placówkach kultury, rozjechali się po świecie. Jednak wspomnienie tego wspaniałego czasu, tej brutalnie przerwanej, pięknej przygody teatralnej, pozostało w ich pamięci. Jest czymś, co ich jednoczy po czas dzisiejszy.

Główną zasługę w utrwalaniu pamięci o nieistniejącym już od wielu lat teatrze ma Henryk Malecha. Henio był jednym z założycieli i pierwszym dyrektorem tego niezwykłego teatru. Był też twórcą kabaretu „Fioletowy Księżyc” działającego w sobotnie wieczory w kawiarnianej salce przy teatrze. Kabaretu trochę dla wtajemniczonych, działającego po części spontanicznie, pełnego szalonych pomysłów.

Henio jest specjalistą od organizowanych eventów, imprez plenerowych – jak wielkanocne spacery w kapeluszach w ogrodzie botanicznym, przygotowanie starannie obmyślonych spotkań w Staromiejskim Domu Kultury czy w Klubie Księgarza z improwizowaną częścią artystyczną, urozmaicaną fragmentami, niestety nielicznych, amatorsko nagrywanych filmików z występów teatru czy nagraniami piosenek.

Te Heniowe imprezy utrwalają wspomnienia o tym niezwykłym zjawisku, jakim na tle szarzyzny PRL-u był warszawski STS.

Jedną z celebrowanych, corocznych uroczystości są imieniny Henia 19 stycznia. Co roku w dniu tym odbywały się pogodne spotkania. Rok 2021 – rok pandemii i lockdownu – spotkanie to uniemożliwił.

Powstał więc pomysł wirtualnych imienin. Akcję opracowała Zosia Urbab (Henio niestety o komputerze wie nie najwięcej) i to Zosieńka rozesłała mailowe zaproszenia opatrzone dodatkową instrukcją. O godzinie 17.00 zaproszeni goście mieli wznieść toast za zdrowie solenizanta i dodano, że mile będą widziane (słyszane?) telefony z życzeniami oraz wiersze i poematy „na cześć”.

Wzięli się zatem zaproszeni do pracy, napisali wierszyki, piosenki, utwory prozą… Zachwycony Henio postanowił utrwalić tę spontaniczną twórczość. Wyszukał w swoich archiwach wcześniejsze utwory dla niego pisane, swoje dyplomy otrzymywane przy różnych okazjach i jako zdecydowany zwolennik słowa drukowanego postanowił wydać książeczkę.

Dzieło opracowały dwie redaktorki: Zofia Urban i Romana Krystyna Kuffel, a z propozycją opracowania graficznego i przygotowania do druku zwrócił się Henio do mnie.

Bardzo mnie to ucieszyło, bo prace dla Henia to prawdziwa przyjemność. Przed paru laty w mojej minioficynie KUBA wydałam albumik: Henryk Malecha „Mój kabaret Fioletowy Księżyc” – wspomnienie o Heniowym kultowym kabarecie, a teraz ta książeczka „Życie jest w dechę, gdy znasz Malechę” z podtytułem „Xięga hołdownicza & Wieniec Serc Przyjaznych, Henrykowi Jego współcześni”.

Tym razem praca nad naszym wspólnym dziełem była nieco utrudniona. Brak możliwości spotkań zmusił do pracy zdalnej, ale Henio nawet nie ma choćby smartfonu, żeby odbierać maile.

Nie należy się zrażać przeciwnościami losu. Każdą przeszkodę da się pokonać. Dzieło przygotowywane do korekty w formacie pdf wysyłałam do zaprzyjaźnionego z Heniem pana kserografisty. Ten przesyłkę drukował i już Henio w ciągu nocy mógł nanosić korekty i do mnie rankiem poprawki zgłaszać telefonicznie.

Po paru takich rundkach praca była gotowa. Ozdobiły ją wspaniałe rysunki Franciszka Maśluszczaka. Otrzymała też okładkę z jego przepięknymi obrazkami.

Wysłałam całość do drukarni i już trzy dni później, niemal o świcie, zadzwonił zasmucony Henio. Ktoś znalazł trzy błędy w jednej ze zwrotek bardzo ważnej piosenki, z której to tekstu pochodzi tytuł książeczki. Ustaliliśmy, że błędy będą poprawione przez Henia odręcznie w już wydrukowanych egzemplarzach. Chwilę przed nocą zadzwonił znów Henio i poprosił nieśmiało, żebym chociaż naniosła korektę w moim komputerze.

Naniosłam i rankiem zadzwoniłam do drukarni. Na razie wydrukowali tylko okładkę… Uff! Udało się!!! Wysłałam nowego pdfa z tekstem.

I tak powstał mininakład tego niezwykłego albumiku…